RPA – Hout Bay – Część 1 (PL)

Upał, skwar, czarny kontynent i czarni ludzie.

Dlaczego poleciałem na sam kraniec Afryki? Przeczytałem książkę Kazimierza Nowaka podczas budowy biurowca w Warszawie, potem zupełnie przypadkowo poznałem Tomka i Gwen w Staveley, a na końcu otrzymałem kontakt do Mandy. W ciepły, lipcowy wieczorek Gwen podczas kolacji pokazała mi album ze zdjęciami Góry Stołowej, a kilka miesięcy później Mandy pomogła wybrać miejsca noclegowe. Ostatecznie znalazłem się w czterech miejscowościach: Hout Bay, Somerset West, Greyton oraz Montagu. Wcześniej żadnej z tych nazw nawet nie kojarzyłem.

Połowę czasu spędziłem w okolicach Kapsztadu, potem przeniosłem się na afrykańską wieś. Starałem wtopić się w tłum (kogo ja oszukuję, z moim wyglądem jest to niemożliwe, tym bardziej w Afryce), poznać nowe osoby i przegadać z nimi długie wieczory.

Przelewam papierowy dziennik do wersji cyfrowej… I odkrywam na nowo własne myśli notowane niemal codziennie, nie zaważając wieczorami na zmęczenie po całym dniu spędzonym gdzieś pośród pustynnych piasków w 40 stopniowym upale.

* * *

“Pozostało mi jeszcze coś w zapasie, ale tej reszty – bardziej prywatnej – wolę nie zamieszczać. Nie chcę narażać się na kłopoty. Może kiedyś… Później.

Dziennik ten to pisanina dość bezładna, z miesiąca na miesiąc – zapewne nie raz się powtarzam, nie raz sobie zaprzeczam. Uładzić to? Oczyścić? Wolę aby nie było zanadto wylizane.”

Witold Gombrowicz, Dziennik

Baie dankie

Gwen i Tomek – za przyjacielską gościnę w Staveley, pomoc i opowieści o Afryce
Mandy – za setki wiadomości, pomoc w organizacji, spędzony wspólnie czas na rowerze, jak i poza nim
Charmian i Rupert – za przyjęcie w swoim domu w Somerset West i przepyszne braai dzień przed wylotem do Anglii
Sophie – za pomoc w organizacji transportu w Afryce i przyjęcie w Somerset West
Glennis i Michael – za wspaniałe przyjęcie w Greytonie, polityczne debaty i rozmowy o Europie
Jean i Mitch – za wspaniały pobyt w Montagu, wspólne konwersacje, kolacje i wycieczki. Jedliśmy lekker bobotie i piliśmy lekker dop!
Paul – za wspólne rozmowy na rowerze i pokazanie mi najciekawszych miejsc wokół Somerset West

styczeń-kwiecień 2018
Mariusz Wiśniewski

Warszawa, Dubaj, Kapsztad

Pobudka o 4:20 w wiecznie pustym łóżku. Dojeżdżam do Jerzego w mniej niż godzinę. Autostradą pędzimy do Warszawy, odwiedzamy biuro Rdbudu na Mokotowie, kierownik Rokicki śmieje się z mojej głowy pozbawionej włosów. Ściąłem je wczoraj wieczorem ze względu na ograniczenia w użyciu wody w Kapsztadzie. Pół godziny później jestem już na lotnisku wraz z walizką wielkości mojego łóżka i ważącą prawie tyle samo co ja. Kilka godzin jeszcze do wylotu, siadam i zaczynam oglądać End of the Fucking World (notatka: dokańczam w samolocie). Po zważeniu bagażu okazało się, że mam jeszcze kilka kilogramów w prezencie, zatem wyjmuję kilka niepotrzebnych rzeczy z plecaka i przerzucam je do bagażu ponadwymiarowego. Kierunek Dubaj.

* * *

Obok mnie siedzi starsze małżeństwo z syndromem “ą i ę”. Ciężko się z nimi porozumieć, ale z lakonicznych odpowiedzi wnioskuję, że lecą do Australii z przesiadką w Singapurze. Nie mogę zasnąć. W przeciwieństwie do tanich linii lotniczych w Emiratach nie czuję negatywnych problemów związanych z przeciążeniem. Obsługa pierwszorzędna, obiad smaczny, piję drugą kawę w tym roku (notatka: pierwsza była podczas spotkania z Maciejem Czajką na Domaniewskiej w warszawskich biurowcach).

Wysiadam z samolotu. Nie, najpierw lądowanie – Dubaj – co za miasto – może nawet i lepiej, że kołujemy w środku nocy. Oświetlenie centrum, a zwłaszcza najwyższego budynku świata obłędne.

Podczas kontroli przez bramki pokazuję tylko laptopa, nic więcej. Kontaktuję się z rodziną i resztą świata.

Oczekiwanie dłuży się, prawie 6 godzin do kolejnego wzbicia się w powietrze. Konferencja z mamą i Kingą, piję trzecią kawę (w tym roku), dostaję ciekawy paragon w języku arabskim i angielskim. Dookoła pełno Arabów w turbanach. Przepych i bogactwo. Zegary informacyjne firmy Rolex.

* * *

Tym razem moimi jednorazowymi przyjaciółmi są: artystka-Austriaczka i Hindus. Przede mną jakiś Arab ogląda nieprzerwanie filmy akcji, okrywam się kocykiem, odsuwam fotel do tyłu i zasypiam.

Po kilku godzinach przebudzam się, otwieram zasłonę okna, aby zobaczyć co się dzieje na zewnątrz. Okazuje się to katastrofalne w skutkach. Oślepienie gorsze od wyrwania oczu. Zszokowałem się, niesamowite czego może dokonać afrykańskie słońce.

Sen. Kolejne przebudzenie. Jem śniadanie złożone z jajecznicy i fasoli. Co ja mam z tą kawą, znowu proszę o filiżankę małej czarnej. Zbliżamy się do lądowania, otwieram zasłonę okienka, tym razem bez szoku słonecznego.

Góry. Afryka. Cud czy przekleństwo? (notatka: dlaczego tak napisałem?) Wszechobecne szyldy o oszczędzaniu wody, kontrolę paszportową przechodzę bezproblemowo. Poszukiwanie kierowcy. Nie ma go? Zaczepiają mnie taksówkarze twierdząc, że już nie przyjedzie. Kupuję kartę Vodacomu i dzwonię do Kyry. Informuje mnie, że kierowca drugi raz objeżdża lotnisko ze względu na opóźniony przylot. Drugi telefon wykonuję do Carrie mówiąc o pojawieniu się za około 30 minut. Wysyłam wiadomość mamie i Kindze gdy siedzę w samochodzie po lewej stronie jako pasażer.

* * *

Pierwsze spojrzenie na ulice Kapsztadu. Rozmawiam z kierowcą, mieszka niedaleko lotniska (notatka: Mandy potem mnie uświadomi, że to biedna dzielnica), nigdy nie dotykał śniegu. Nigdy. Opowiada o mieszance języków i kultur. Pierwszy raz widzę dostawczego samochodu z Murzynami z tyłu legalnie uczestniczącymi w ruchu drogowym. Opowieści o kupowaniu tanich rzeczy w stolicy i sprzedawaniu ich o wiele drożej w Kapsztadzie. Mijamy czarnego idącego środkiem drogi sprzedającego piłki do skakania. Zauważam brak lewego lusterka. Pytam się o licencję kierowcy, w odpowiedzi otrzymuję informację, że polisa czy ubezpieczenie samochodu w RPA nie są do niczego potrzebne. Widzę szok na jego twarzy, gdy opowiadam o Polsce i równym poziomie życia społeczeństwa. Wspomina o wodnym kryzysie i zbliżającym się w kwietniu dniu zero (notatka: dzień, w którym z kranów nie poleci woda). W reszcie kraju nie mają kryzysu, susza dotknęła tylko Kapsztad.

Hout Bay

Na moje przywitanie wychodzi Murzynka. Dopiero po kilku minutach orientuję się, że jest służącą. Pokój ładny, czysty, w stylu angielskim. Montuję rower. Wychodzę do Spara po pierwsze zakupy, po przekroczeniu bramy zauważam czarnego ogrodnika. W sklepie obsługa wyłącznie czarna. W domu czuję zmęczenie po 2 dniach podróży, jem kupiony obiad, leżę przez 15 minut, zakładam kask i wyjeżdżam rowerem na ulicę.

* * *

Mijam grupy Murzynów. Biali jeżdżą wyłącznie w drogich samochodach, czarne dzieci grają w piłkę w rowie przy drodze. Przy plaży czarny obwieszony zabawkami dla bobasów, piasek na plaży pokrył niemal w całości płot restauracji. Jadę po Chapman’s Peak (notatka: nazwę sprawdziłem wieczorem). Cudownie. Mnóstwo biegaczy i rowerzystów.

Podczas powrotu mijam dwóch krzyczących do mnie Murzynów. Rozmawiam z Mandy, ponownie uświadamia mnie o różnicach, mówi “jeśli nic nie masz, nie dbasz o nic, nie dbasz o konsekwencje”. Proponuje w niedzielę wspólne bieganie.

Potworne zmęczenie. Jutro zaplanowałem chodzić po górach i wzdłuż wybrzeża, skoro zapowiadają dzień w umiarkowanych temperaturach (notatka: przeskoczenie z europejskiej zimy do afrykańskiego lata było szokiem termicznym dla ciała, a umiarkowane temperatury to wcale nie 25 stopni).

Samotne wędrówki

Wstaję przed 10-tą. Późno, bardzo późno jak na mnie, ale nie mogłem w nocy zasnąć. Nadmiar energii, przeżyć, zapachów (niesamowite wonie roślin). Pierwszy raz w życiu ugotowałem ryż w mikrofali (według zaleceń służącej Tapiwy) – smakuje normalnie, aczkolwiek to dla mnie novum.

Wychodzę równo w południe. Po kilku minutach spotykam Murzyna siedzącego przy drodze z napisem na kartonie o poszukiwaniu pracy. Podchodzę i rozmawiam z nim przez chwilę, siedzi tak od kilku dni. Bez pieniędzy nie ma mowy o zrobieniu zdjęcia. Spróbuję się go spytać czy pokaże mi swoje życie, gdy wymienię Euro w kantorze (notatka: w ten sposób poznam Josepha kilka dni później).

* * *

Park Narodowy Góry Stołowej. Aby przekroczyć bramkę dzwonię do obsługi i uzyskuję kod dostępu. Wspinam się po skałach. Gorąco. Dzień ochłody według lokalnych, a pot płynie z czoła jak z kranu. W końcu po długim przedzieraniu się przez chaszcze docieram do linii brzegowej. Bogata dzielnica, wszystkie domu mają elektryczny płot i wykupioną ochronę z uzbrojeniem. Mijam jednego z ochroniarzy i to wcale nie jest żart – nasi policjanci przy nich wyglądają jak amatorzy z pistoletami na wodę.

Kamienista plaża z nudystami. Wchodzę na głaz sporych rozmiarów, aby zrobić zdjęcie, rozglądam się i dociera do mnie, że przede mną leży dwóch gołych facetów. Chowam aparat, zeskakuję, idę dalej. Piasek już dawno temu wsypał się do butów.

Zaczyna się górzysty teren, zaczynam wspinaczkę. Przy kamienistej wysepce grasuje karakal. Wymieniamy płochliwe spojrzenia, trwa to mniej niż dwie sekundy. Kocur ucieka, a ja zmierzam w kierunku głównej przeszkody. Nawet z moją kondycją musiałem czasem stawać i próbować łapać oddech. Gorąco. Dzień ochłodzenia…

Pionowe ściany pokonuję z bidonem w ustach. Dwa razy korzystam z łańcuchów wbitych w skały, aby przedostać się głaz wyżej. Bez nich byłoby to niemożliwe. Nogi poharatane, lewa czarna od skał.

Jestem na szczycie.

Schodzenie w dół po ogromnych głazach napędza mi stracha, całe szczęście szybko i sprawnie pokonuję przeszkody. Otaczają mnie pustynne rośliny, po obu stronach góry, ścieżka ledwo widoczna. Kolejna przeprawa po głazach i odnajduję utwardzoną drogę. Schodzę w dół po drobnych kamykach z widokami podobnymi do tych z wysp kanaryjskich.

Port. Bogate domy i dzielnica biedoty rozłożona na zboczu góry. Widzę lepianki, mijam tabuny afrykańskich dzieci, kilka z nich ma rowery, kilka deskorolki.

W sklepie Hindus pyta się skąd jestem. Francja? Nie, Polska. Chyba nie wie co to za państwo, dopiero po usłyszeniu “Europa” ze zrozumieniem kiwa głową.

* * *

Centrum Hout Bay. Dopiero spokojnie idąc zauważam ogromną dzielnicę biedoty na skrzyżowaniu (notatka: Mandela Park, który potem odwiedzę). Ogrom czarnych siedzi na poręczach wokół chodnika. Dzieciaki znów grają w piłkę w rowie przy drodze. Krzyczą coś, ale nie po angielsku. Afrikaans? Xhosa? Może, nie wiem…

Przylądek Dobrej Nadziei

Skóra lekko piecze po wczorajszej eskapadzie, toteż udaję się do sklepu po brakujące rzeczy, między innymi krem z filtrem UV. Jajecznica na śniadanie z przepysznym chlebem. Nawet zwykły chleb smakuje o wiele lepiej od naszych z wyższej półki, coś wspaniałego. Wychodzę, strój i buty kolarskie po raz pierwszy doświadczają afrykańskiego słońca.

W końcu przejeżdżam całą drogę Chapman’s Peak. Jedno z najcudowniejszych miejsc, łącznie z wyżłobieniami w skale, to wszystko ponad głową. Niesamowite, chociaż dość krótkie, chciałoby się więcej. Ciało świeże, narzucam konkretne tempo wspinaczki.

Pierwszy raz mijam dwóch białych biedaków, co najdziwniejsze obaj wyglądają identycznie, niczym bliźniacy. Albo to żebracki styl, łachmany, siwa broda i tabliczka o potrzebie pieniędzy – wtedy każdy wygląda podobnie.

* * *

Wjazd na Przylądek Dobrej Nadziei jest płatny, a droga pozostawia wiele do życzenia. Przy latarni można się zgubić w gąszczu ludzi z całego świata – słyszę głównie chiński, japoński, niemiecki i angielski. Tłok, ścisk. Opuszczam latarnię, czym prędzej pedałuję w kierunku Przylądka Dobrej Nadziei – tutaj turystów zdecydowanie mniej, w międzyczasie spotykam strusie i małpy.

Czy w tych samych miejscach przebywał Kazimierz Nowak? Czy również oglądał latarnię i skały na samym końcu Afryki?

* * *

Podobnie jak Gombrowicz w Argentynie próbuję odnaleźć siebie…

Góra Stołowa z Mandy

Miałem obudzić się o 5:45, wstałem o 7:03. Planowo o 7.00 powinienem ruszyć w kierunku Góry Stołowej.

Ubieram się na szybkości, chwytam banana i zamawiam Ubera po raz pierwszy w życiu. Wszystko idzie sprawnie, przed samym Kapsztadem kierowca pyta się co woda unosi w oddali – a skąd ja mam wiedzieć… Docieram na umówione miejsce o 7:45, dostrzegam starszego pana w jeansach i koszuli z długim rękawem. W krótkich spodenkach i w koszulce zaczyna się robić ciepło…

Przychodzi Mandy! Ściskamy się na przywitanie i idziemy do jej trójki przyjaciół. Gareth (starszy Pan) poddaje się się po 20 minutach wspinaczki, nie ten wiek i nie ta kondycja. “Mandy, jak często wchodzisz na Górę Stołową?” “Tak często jak są turyści!” No tak… Gareth mieszka nieopodal, a zameldował się na szczycie ostatni raz 10 lat temu.

Wspinaczka jest wymagająca, ale nie trwa przesadnie długo. Godzina z hakiem z kilkoma przerwami na złapanie oddechu. Zdziwiła mnie obecność ptaków w przeróżnych barwach i kilka rodzin świstaków (notatka: nie znam prawidłowej nazwy miłych żyjątek). Dzięki niedziałającemu wyciągowi linowemu mamy całą Górę Stołową wyłącznie dla siebie. Na szczycie mijamy dosłownie kilka osób, których mógłbym policzyć na palcach. Czyż to nie piękne?

Droga powrotna zdecydowanie trudniejsza. Kolana odczuwają ciężar ciała, stawiam nieumiejętnie nogę na głazie, wywracam się – ląduje miękko bez żadnych obrażeń. Widzę dwóch Murzynów i jedną Murzynkę, którzy wchodzą do góry bez butów. Szaleństwo, nie do pojęcia dla mnie.

U dołu szlaku mijam ponownie wchodzącego do góry jegomościa, który siedział rano przed niedziałającym wyciągiem w jeansach i długiej koszuli.

Wracam Uberem. Przy okazji wymieniam Euro w sklepie, który bynajmniej nie przypomina kantoru. Kierowca podwiózł mnie do znajomego biznesmena. Koniec końców nielegalnie wymieniam pieniądze z uczciwym kursem. Afryka.

Mandela Park

Notatka: chodząc po dzielnicy biedoty z przewodnikiem Josephem pisałem chaotycznie i na szybko w języku angielskim

Joseph Chikalipo

Czym się zajmujesz?
Szukam pracy od 2 miesięcy siedząc na ulicy, miesiąc temu znalazłem dorywcze zajęcie na 2 dni myjąc podłogi i naczynia w restauracji.

Chodziłeś do szkoły?
Tak, szkoła podstawowa od 7 do 12 lat, potem szkoła średnia do 20-stki. Nie mam żadnej specjalności czy kierunkowego wykształcenia.

Przed twoim domem mijaliśmy palacza marihuany. Jak wygląda sprawa narkotyków w tej dzielnicy?
Nie wszyscy palą zioło, ale mamy tutaj problem z innymi narkotykami. Zwłaszcza młodsi biorą kokainę, tik (notatka: metamfetamina) czy mandrax (notatka: metakwalon). Mnóstwo ludzi przesadza z alkoholem, my mieszkamy w domu pełnym pustych butelek – kiedyś tutaj znajdował się sklep z piwem.

Gdzie się urodziłeś?
W Malawi.

Jesteś tutaj legalnie?
Nie mam południowoafrykańskiego obywatelstwa, jedynie paszport, legalnie przekroczyłem granicę.

A legalna praca?
Nie mam pozwolenia na pracę, dlatego siedzę na ulicy i czekam na możliwość dorywczego dorobienia.

Możesz liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony rządu RPA?
Nie, rząd południowoafrykański daje zasiłki tylko swoim obywatelom.

Jak się dostałeś do Republiki Południowej Afryki?
Wielkim autobusem, jakieś 4 lata temu. Przyjechałem z mamą, tatą i dwiema siostrami. Teraz ojciec mieszka w innym domu, a kobiety wróciły do Malawi trzy miesiące temu. Bardzo za nimi tęsknię, chciałbym, aby jak najszybciej wróciły. Prawdopodobnie przyjadą z powrotem za około 5 miesięcy.

Jakie masz marzenia?
Chciałbym znaleźć pracę, która by mi gwarantowała pieniądze każdego miesiąca. Również marzę o oszczędnościach, aby rozpocząć własny biznes, na przykład sklepik.

Myślałeś aby zatrudnić się na budowach?
Nie, takie firmy zatrudniają tylko legalnych pracowników. (notatka: ciężko mi w to uwierzyć, mijałem wiele placów budowy i tylko nowe bloki mieszkalne miały pracujących Murzynów w kamizelkach i kaskach. W Polsce praca na czarno w budowlance to standard…)

Wierzysz?
Tak, jestem katolikiem. W Malawi uczęszczałem do katolickiego kościoła, był prowadzony zarówno przez białych jak i czarnych księży. Mam też Biblię w ojczystym języku cziczewa (notatka: pokazuje mi książkę). Angielskiego zacząłem się uczyć w szkole, ale modlę się w każdą niedzielę i czytam Biblię w rodzinnym języku.

Jakie masz zainteresowania?
Lubię muzykę, zwłaszcza R&B, reggae, dance (elektroniczną). Może kiedyś uda mi się założyć własne studio nagrań. Biegam też długie dystanse, daje mi to dużo radości.

Opowiedz więcej o warunkach życia.
W środku chaty mamy dwa łóżka, śpią na nich moi kuzyni. Ja nocuję na materacu położonym na podłodze. Nie mamy tutaj telewizji, telefonu, bieżącej wody czy elektryczności, nie mieliśmy pieniędzy, aby doładować prąd. Kąpiemy się w wielkiej misce, która służy nam za wannę. Wodę czerpiemy z kranu na zewnątrz, obsługuje około 10 domów. Czasami mamy problem z wodociągami, kran może być wyłączony na dzień lub dwa, wtedy szukamy z kanistrami lub pustymi butelkami najbliższego działającego. Nie jest to woda najlepszej jakości, ale po przegotowaniu można ją pić.

* * *

Na koniec Joseph zaprowadził mnie do Szkoły Nadziei położonej na jednej z ulic Parku Mandeli – międzynarodowej inicjatywy pomagającej dzieciom z najbiedniejszych rodzin. Prowadzą zajęcia w nauce czytania i pisania. Uczą również przydatnych umiejętności pozwalających znaleźć pracę w przyszłości (np. kurs baristy).

* * *

Wieczorem podczas odpoczynku w moim angielskim pokoiku zanika elektryczność. Ulice i domy dzielnic na zboczu przeciwległej góry świecą się, zatem tylko nasze bogate Greenacresy pozostają bez prądu. Gospodarz daje mi lampkę rowerową i świecę do oświetlania pokoju. Siedzę po ciemku i słucham muzyki przed zaśnięciem.

Kapsztad

W dalszym ciągu nie mam elektryki w pokoju. Zjadam placek na zimno, wychodzę na rower z zamiarem odwiedzenia Miasta Matki i zjedzenia czegoś ciepłego na mieście. Podczas pedałowania nie mogę przestać myśleć o piasku rzucanym przez wiatr w Simon’s Town. Wgryza się w szyję, boli gdy uderza o twarz. Nawet ogromne okulary przeciwsłoneczne w niczym nie pomagają.

Miasto Matka zachwyca rozgardiaszem. Minibusy na drodze mijają mnie jak chcą, trąbią do Murzynów stojących przy drodze, zatrzymują się niespodziewanie i w dowolnej chwili. Nagle widzę dwóch czarnych wbiegających na środek ulicy i próbujących zatrzymać jeden z tych minibusów dla biedoty. W biznesowym centrum mijam ludzi pod krawatem, niespodziewanie miga mi biuro Emiratów. Pani w recepcji ubrana identycznie jak prawdziwa obsługa samolotu. Zatrzymuję się, aby porobić kilka zdjęć, podchodzi żebrak i prosi o pieniądze. Ludzie pochowani za rozłożonymi straganami we wąskich uliczkach, inni chodzą z towarem na plecach. Wieżowce wyglądają przepięknie na tle Góry Stołowej.

Victoria Street – ulica z bogatymi apartamentami i widokiem na błękitny ocean. Malowniczo, chmury osiadłe na zboczu góry potęgują piękno.

Ruszam żywszym tempem na południe, pogoda poprawia się z każdym kilometrem. Chmury i rześkie powietrze znikają. W zamian pojawia się słońce, a wraz z nim pot na plecach. Od kierownicy odkleja się lewa owijka…

Na końcu Afryki kupuję cztery figurki zwierząt. Nie posiadam wystarczjąco dużo pieniędzy (notatka: nigdy nie brałem ze sobą całej gotówki), ale Gibson z Douglasem nie mieli wyjścia i pamiątki sprzedają.

* * *

Do domku wracam ja i elektryczność.

Duch Zimbabwe w RPA

Notatka: wracam do Murzynów sprzedających pamiątki przy płatnym wjeździe na Przylądek Dobrej Nadziei. Chwilę rozmawiamy o ich życiu. Podobnie jak w Parku Mandeli notuję szybko, niezgrabnie, w języku angielskim

Cześć Gibson, wczoraj kupiłem u ciebie pamiątki, pamiętasz?
Cześć bracie! Jasne, że pamiętam.

Możemy chwilę porozmawiać o twoim życiu?
Oczywiście (notatka: siadamy na kamieniu i prowadzimy miłą rozmowę).

Z kim tutaj sprzedajesz pamiątki? Opowiedz więcej o sobie.
Douglas jest moim bratem. Mam 50 lat, on 45. Urodziliśmy się w Zimbabwe w mieście Harare (notatka: stolica państwa). Mieszkam tutaj z żoną i czwórką dzieci.

Kiedy przyjechałeś do Południowej Afryki? Jak to wyglądało?
Co trzy miesiące organizowany jest autobus z Zimbabwe do RPA. Powody były proste: nie miałem pracy, to był rok 1996. Od tego czasu sprzedaję pamiątki przy ulicy. Po roku czasu było mnie stać, aby sprowadzić resztę rodziny do siebie. Większość figurek wykonujemy sami, sprowadzamy te większe od artystów z Zimbabwe. Mieszkamy na Czerwonym Wzgórzu, niedaleko stąd.

Czyli pingwina i koty, które dam swojej rodzinie zrobiłeś ty, nie są z Chin (śmiech)?
Tak, dokładnie (śmiech).

Przejeżdżałem przez Czerwone Wzgórze.
Dlatego wiesz, że to spokojna okolica.

Co jeszcze wiązało się z twoim przyjazdem?
Głód w Zimbabwe. Brak żywności, brak wody, brak pracy. Wojna domowa pomiędzy siłami rządu a partią opozycyjną w stolicy zabierała życie niewinnym ludziom, zwykłym cywilom. Wojsko mogło cię zabić jeśli istniały podejrzenia, że współpracowałeś z rebeliantami. Chcieliśmy znaleźć spokojne życie. Ludzie z krajów ościennych znajdują normalność w RPA.

Co z twoimi dziećmi? Masz paszport czy obywatelstwo?
Otrzymałem obywatelstwo w 2002 roku, mogę uczestniczyć w wyborach. Dzieci chodzą do szkoły podstawowej, czasem za darmo, czasem musimy płacić, to zależy od ośrodka.

Pamiętasz Mandelę jako prezydenta?
Tak. Przybyłem tutaj kilka lat po upadku Apartheidu, zatem czarni byli już wolni, mogli chodzić do szkół czy głosować w wyborach.

Jakie masz plany na najbliższy czas?
Chciałbym zaoszczędzić pieniądze, aby wystartować z drugim biznesem. Marzy mi się sklep z ciuchami. Kupić tanio, sprzedać drożej, o to chodzi. Przydałaby się pomoc różnych organizacji w celu poprawny naszego życia.

Jak ci się podoba RPA po tylu latach?
Mieszkamy, jak mówiłem wcześniej, na Czerwonym Wzgórzu. Bardzo się nam tam podoba – nikt nie biega z karabinem, nie mamy problemów, ludzie się lubią.

Są jakieś patologiczne zachowania w waszym osiedlu?
Myślę, że tak jak wszędzie – są pijacy, narkomani, ci co nie pracują kradną drobne rzeczy z innych domów.

Odczuwasz niedogodności związane z wodnym kryzysem?
Póki co nie. Wiemy, że może jej zabraknąć w kwietniu. Czasem zapełniamy 20 litrowe pojemniki w celu zabezpieczenia się.

Komentarz do części pierwszej

Rok 2017. Wiosna z rowerem w czeskich górach, lato przynosi objechanie angielskiego Lake District i Yorkshire Dales, wracam i dwukrotnie wyjeżdżam w Beskidy, aby nocować pod Górą Żar u Dewianta. Jesień wypędza mnie na chwilę do Niemiec i odwiedzam Pingwina w chłodnym Londynie. Nieuchronnie zbliżała się zima, kupiłem aparat. Poleciałem na Wyspy Kanaryjskie, naturalny odruch obronny przed grudniowymi świętami i polską zimą. Nowy rok. Tydzień po powrocie odwiedzam Darka i Wojtka w Gdańsku, aby pomogli mi w obsłudze aparatu. Darek z wielką pasją pokazuje zielonemu Mariuszowi jak fotografować dobierając wszystkie ustawienia manualnie. Raptem wyjmuje z szuflady coś magicznego – analogowy dalmierz. Twierdzi, że każdy podróżnik kończy z dalmierzem – coś w tym jest, bo zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia. Pozostały tylko dwa tygodnie przygotowań.

W końcu wylądowałem w RPA z komórką, rowerem, aparatem i chęcią dowiedzenia się jak najwięcej o Czarnym Lądzie. Karmiony muzyką Dead Can Dance od nastoletnich lat przeczuwałem, że styczność z afrykańską kulturą wyjdzie mi tylko na zdrowie.

Pierwsze dni były wypełnione ekscytacją – znów jeżdżę lewym pasem jezdni, wokół blisko 40 stopniowe upały perfekcyjne dla moich genów, serdecznie nastawieni ludzie i górski krajobraz, do którego wzdychałem przed ekranem laptopa.

Jednak nie wszystko było takie kolorowe. Po pierwsze wodny kryzys w Kapsztadzie. W dniu mojego przybycia władze Miasta Matki ogłosiły jeszcze wyższy poziom, a mianowicie 6B. Co to oznaczało w praktyce? Branie prysznica w mniej niż 90 sekund i spłukiwanie wody w toalecie dopiero po dłuższym posiedzeniu.

Zaskoczył brak możliwości kupna butelkowanej wody w większych sklepach. Ludzie zrobili zapasy już wcześniej, co z resztą zobaczyłem później w garażu w Somerset West – obok samochodu stało kilkanaście 5 litowych butelek z wodą. Nigdy w życiu nie widziałem ludzi siedzących na skraju drogi jednocześnie szukających pracy. I to nie są pojedyncze przypadki! Siedzą grupami po 30-50 osób. Najczęściej emigranci z przygranicznych państw, np. Zimbabwe, Malawi czy z Mozambiku (co ciekawe: u nas istnieje określenie “bieda jak w Mozambiku”. W RPA… również! Dowiedziałem się o tym podczas pobytu w Montagu).

Do tego wszechobecny kontrast w życiu ludzi. Większość osób spotkanych na mojej drodze nie dowierzała, że istnieje inna rzeczywistość. Oczywiście u nas różnice były, są i będą, ale nie tak drastyczne. Różnimy się diametralnie od Rosji czy RPA. Jedna kobieta zadała pytanie czy z jej umiejętnościami obsługi komputera znajdzie pracę w Polsce…

Pieniądze, pieniądze, wszystko się kręci wokół pieniądza. Murzyni okrzyknęli mnie bogaczem, co doprowadziło do konsternacji. Jak mogę wytłumaczyć 40 letnim ludziom mieszkającym w lepiankach, że 2 razy młodszy od nich przybysz jest majątkowym przeciętniakiem w biednym europejskim kraju? Wtedy tak myślałem, po kilku dniach dotarło do mnie jak bardzo nie doceniamy szczęścia, w którym się znaleźliśmy… I wcale tacy biedni nie jesteśmy.

A jak to wyglądało z mojej perspektywy? Na ceny spojrzałem tylko raz, podczas pierwszych odwiedzin Spara. Przelicznik EURO/RAND stoi po stronie Europejczyka. Nie ograniczałem się w niczym jeśli chodzi o żywność czy przesiadywanie w restauracjach.

Kupuję sobie co chcę, latam Emiratami z ukochanym rowerem – jakim prawem mogę nazywać siebie i swój kraj biednym?

To była nauka po pierwszych dniach w Afryce…

Miejsca zwiedzone pieszo lub rowerem przez pierwsze dni