Pingwinowy Londyn

W styczniu, chwilę po moim przylocie z Laosu Pingwin przyleciała do Warszawy, aby pójść ze mną na koncert Aurory, co stało się naszą już małą tradycją. Przed koncertem w jednej z restauracji zebrało się spotkanie fanów Aurory, w którym za bardzo nie uczestniczyłem, gdyż przyszła Emilia z Pawłem, aby pogadać przy dobrym jedzeniu o ostatniej podróży do Azji.

Z Patrycją właściwie widziałem się pół godziny podczas stania w kolejce, dwie godziny w czasie koncertu i kolejne 15 minut podczas odwożenia jej w stronę noclegu. I tyle, co z tym fantem począć? Nawet nie mieliśmy okazji porozmawiać…

Koncert w Londynie! Następny dopiero w listopadzie, ale w marcu wyszukałem innego artystę, którego nie zobaczę w Polsce, więc kupiłem bilet powrotny. A do Londynu dostałem się dzięki punktom zebranym w liniach Emirates, które wymieniłem na darmowy lot na lotnisko Londyn-Gatwick. W listopadzie lecę do City – cieszy mnie to z prostego powodu – to będzie piąte i ostatnie lotnisko pasażerskie w Londynie, które odhaczę z listy.

Oczywiście niedospanie i ogólna senność zemściła się na mnie na lotnisku podczas wsiadania do pociągu w stronę nowego domu Patrycji. Pociąg tylko zwolnił na docelowej stacji, z której już miałem 10 minut spacerem do miejsca przeznaczenia. Zdziwiony spytałem się eleganckiego Włocha w garniturze dlaczego nie było przystanku, na co otrzymałem odpowiedź: dziecko drogie, to pociąg ekspresowy, a nie normalny. Jedziemy do Victorii.

Obaj wybuchnęliśmy śmiechem, co za głupota!

Ach, Victoria Street. Wysiadłem tutaj i znów poczułem ten klimat spieszących się ludzi i zakłopotanych turystów. Pomiędzy nimi stał Mariusz, który zastanawiał się „zostać i robić zdjęcia czy jechać do Pingwinolandii i tam czekać na powrót domowników z pracy?”. Była wtedy 12 na zegarku.

Postanowiłem się wrócić na południe, przecież rewiry wokół Victorii niczym mnie nie zaskoczą. Kierunek Beckenham!

Jak odwdzięczyć się polskiej siostrze w Anglii? „Mariusz, przywieź kabanosy, tutaj nie ma dobrego mięsa!”. Co też uczyniłem, a humor Pingwina po pracy osiągnął maksimum szczęścia, kiedy z plecaka wyjąłem kilka paczek z Polski!

Odwiedziłem wszystkie interesujące mnie miejsca, muzea i galerie sztuki podczas wcześniejszych pobytów, więc co by tu robić? Wszystkie wyjścia planowała Patrycja, kompletnie nie protestowałem, gdyż zdałem się na jej intuicję.

Brutalizm architektoniczny Barbicanu bardzo mi się spodobał, a jest to jedno z ulubionych miejsc Pingwina w Londynie. Później pół dnia spędziliśmy w artystycznej dzielnicy pijąc piwo po okazaniu dwóch dowodów panu Arabowi w sklepie. Dołączył do nas Albert i tak spacerowaliśmy przez całe City co kilkanaście minut wchodząc do sklepu, aby wymienić pustą butelkę piwa na pełną. Doszliśmy do jednego z tych klubów, które… odstraszają. Patrycja jeszcze raz spytała się czy jestem pewien żeby iść na koncert Nachtmahra – odpowiedziałem twierdząco.

Rozstaliśmy się około godziny 21, Pat wracała z Albertem do siebie, a ja zaliczyłem kolejny koncert w Londynie i ciężką, nieprzespaną noc na lotnisku. Widzimy się niebawem na kolejnej Aurorze w Lądku!