Owocowy Przełaj

W tym wydarzeniu było coś specjalnego.

Po dwóch miesiącach walki z analogami musiałem kupić trzeci aparat. Średnioformatowy Fuji oraz Leica M6 miały problem z zacinającą się migawką, w dodatku srebrna M6 przepuszczała światło do środka. Oddałem nieszczelne aparaty i w zamian sprawiłem sobie Leicę M7. Po zrobieniu testowej rolki filmu poszedłem od razu w teren, a pierwszym poligonem doświadczalnym został Owocowy Przełaj.

Na moje zaproszenie przyjechała królowa polskiego kolarstwa, czyli Kasia. Musiała pokonać wiele kilometrów, tylko po to, aby wspólnie chodzić, rozmawiać, robić zdjęcia i kibicować  znajomym. Wieczór wcześniej biegaliśmy w zimowych czapkach po toruńskiej starówce, trzymając lody od Lenkiewicza w dłoniach. Magnes w kształcie toruńskiego piernika obowiązkowo kupiliśmy gdzieś na ulicy Szerokiej.

Wszyscy poruszali się z prędkością światła, a ja musiałem dobrać czas migawki, przesłonę i ustawić ostrość w jednym momencie. Wielozadaniowość do wykonania w ciągu ułamka sekundy, gdyż jedno zagapienie się i potencjalny obiekt zainteresowania odjeżdżał z uśmiechem na twarzy. Później przestałem o tym kompletnie myśleć, wszystko dobierałem wedle serca, zwłaszcza ostrość obiektywu.

Trafiła mi się jedna śmieszna sytuacja. Podeszła do mnie pani, prosząc o zdjęcia dla jej amatorskiego klubu kolarskiego. Odpowiedziałem, że nie jestem najszczęśliwszym wyborem, gdyż te zdjęcia pojawią się późno, poza tym używam aparatu analogowego, więc najzwyczajniej na świecie oczekuje innego efektu. W odpowiedzi usłyszałem: no dobra, tydzień czy dwa tygodnie mogę poczekać. No to sobie poczekała, prawie 3 miesiące.

Jarek to prawdziwy bohater polskiego kolarstwa przełajowego. Ten sport istnieje tylko dzięki Owocowemu Przełajowi, imprezie zorganizowanej niczym belgijski Superprestige. Nie sposób się tutaj nudzić czy wrócić do domu z pustym brzuchem. Obecność rowerowych mistrzów zwiększa widowiskowość oraz zainteresowanie zawodami. W jednym miejscu miałem mistrza świata, Polski, najlepszego mechanika rowerowego na świecie oraz królową Kasię. Skład lepszy niż na Tour de Polonge.

Wróciłem z Laosu, bardzo osobistej podróży, podczas której wykorzystywałem całe doświadczenie zdobyte od sierpnia, kiedy przeszedłem na fotografię analogową. Wszystko osiągnąłem z pomocą Darka. Pokazał mi jak wywołać rolki filmu w domu, zatem poniższe zdjęcia są dla mnie szczególnie wyjątkowe. To pierwszy materiał, który samodzielnie zakupiłem, załadowałem do aparatu, robiłem zdjęcia z ogromną radością, rozrobiłem chemię, przygotowałem czynnik do odpowiedniej temperatury, kręciłem szpulami w koreksie wypełnionym roztworem, a na koniec film wysuszyłem, pociąłem i zeskanowałem.

Oto efekt mojej pracy i kilku nieprzespanych nocy.