Laos – Vang Vieng

Przyjazd

Przedostanie się z Vientianu do Vang Viengu samochodem to istna katorga. Pick-up nie pick-up, napęd na cztery łapy czy nie, tu nic nie pomagało, jedynie anielska cierpliwość i hamulec średnio co kilka minut. Droga została zdewastowana w porze deszczowej, a opowieści rodziny o możliwej śmierci podczas jazdy rowerem po tym siódmym cudzie świata wcale nie są takie przesadzone.

Pierwsze dni były podobne do tych ze stolicy – każdy krewny chciał mnie dotknąć, Europejczyka, którego zdjęcia z dzieciństwa sprzed 20 lat wiszą przed talerzami za szybą komody…

Wujek, który z uporem maniaka mówił czasem do mnie w języku rosyjskim oprowadził nas po górzystej okolicy – eksplorowałem jaskinię z latarką na głowie niczym górnik. Jeszcze nie dotarły ułatwienia dla żądnych przygód turystów. Nasłuchałem się opowieści o podpaleniu amerykańskiego składu broni obok lotniska podczas wojny w Wietnamie, obecnie parkingu wokół którego kwitnie wieczorne życie, a Paphou pokazywała mi dlaczego Vang Vieng tak chętnie jest odwiedzany przez naszych rówieśników z USA czy Kanady.

Łatwiej tutaj kupić biały proszek niż dobre wino, a kiedy miałem już serdecznie dość laotańskiego piwa… Nie miałem wyboru, nic innego poza piwem się tutaj w ludzkiej cenie nie kupi.

Kantor z najlepszym kursem wyglądał niczym osiedlowa speluna, osoba niewtajemniczona kompletnie by się nie zorientowała co to za przybytek. Zaczepiali mnie tutaj koreańscy chłopcy czy Tajowie w sukienkach. Wieczorem zmieniali swój kurs i ruszali do klubów w poszukiwaniu nawalonych białych, więc za rękę łapały mnie dziewczyny zapraszające na masaż, ale tylko z nazwy. Centrum Vang Viengu to świetne miejsce dla uliczniaka z garścią filmów w kieszeni, spokoju należy szukać w pobliskich górach.

Tak mi płynął dzień za dniem, aparat, rower, piwo i rodzina mówiąca do mnie wiele, a ja niewiele z tego rozumiałem.

Rodzina

Bariera językowa skutecznie hamowała moje zrozumienie na temat otaczającej laotańskiej rzeczywistości. Ojciec tłumaczył co mógł (chociaż niekiedy potrafił mówić do mnie po laotańsku, a do reszty po polsku wzbudzając konsternację), toteż sukcesywnie, powoli wchodziłem w tajemnice rodu.

Kto ze mną spędził ostatnie pół roku dość się nasłuchał opowieści o koneksjach, pieniądzach i rządowych samochodach z niebieskimi tablicami.

Kolarstwo

Pewnego dnia powiedziałem: jadę tą drogą, kilka zakrętów po szutrowych górach, jeśli dokręcę do 50 kilometrów to wracam się tą samą trasą i wyjdzie równa setka.

Plan ambitny, jednak pod koniec pierwszej połowy wydarzyła się awaria łańcucha, a wokół mnie zaczęli chodzić żołnierze z AK47. Myślałem, że wpadłem w niezłe szambo, jednak poza dziwnym wzrokiem nie odzywali się i nie zaczepiali Mariusza, który tłukł kamieniem w rozwalony łańcuch, aby go choć trochę naprostować.

Biegów zmieniać nie mogłem już do końca mojego pobytu w Azji, ale to nie było żadnym problemem. Przeżyłem, choć zupełnie nieświadomie znalazłem się w strefie militarnej i gdyby nie interwencja rodziny mógłbym teraz siedzieć w jakimś kamieniołomie, zamiast w wygodnej Europie…