Laos – Powrót do Vang Viengu

Kolarstwo

Ponownie chciałem się zmierzyć z trasą, która zmusiła mnie do rzucenia roweru na bok, schowania kocurkowej dumy do kieszonki kolarskiej i czekanie na najbliższy przejeżdżający autobus.

Fizycznie czułem się nieco lepiej po kilku dniach spędzonych bardzo leniwie, głównie na spacerach z aparatem po wąskich uliczkach Luang Prabang.

Tym razem wiedziałem czego się spodziewać i przygotowałem ducha walki. Po prostu nie przyjmowałem do świadomości, że nie może się udać.

Przepaście bez barierek, wioski zaszyte w dzikich górach, dzieciaki biegnące za mną lub przybijające piątkę i wspólne prysznice – to najbardziej utkwiło mi w pamięci. Na skraju drogi ustawiony był zbiornik na wodę deszczową, górale poprowadzili do niego rurę z otworami. W ten sposób myło się na raz około 20 nagich kobiet, które niczym się nie krępowały, gdy przejeżdżałem obok. Ja się śmiałem, one również i wszyscy byli zadowoleni.

Do Vang Viengu dotarłem kompletnie czarny od kurzu i pyłu wzniecanego przez przejeżdżające obok ciężarówki z żywnością i samochody. Byłem padnięty, ale cholernie szczęśliwy – jedna z najtrudniejszych tras w moim życiu pokonana za drugim razem!

Balony

Niespodzianka od wuja. Przyszedł i powiedział: – Jutro Mariusz musisz wstać o 5, lada świt. Polecisz sobie balonem. – Czym??? – No balonem, nie leciałeś nigdy?

Mówię sobie: no dobrze, ile dwudziestolatków robi zdjęcia na filmie podczas lotu balonem? Coś niesamowitego!

Koszyk dzielił się na 2 części, mniejszą dla operatora i resztę dla turystów. Mnie wrzucili do operatora, aby dociążyć koszyk z drugiej strony – trochę śmieszne, no ale dzięki temu mogłem obserwować aktualne odczyty aparatury pomiarowej i słuchać komunikatów z ziemi, chociaż ich kompletnie nie rozumiałem.

Spędziłem jeszcze kilka dni w Vang Viengu, a później w Wientianie.

Wróciłem do Bangkoku, Dubaju, Warszawy, Torunia…

Miesiąc próbowałem się odnaleźć w nowej sytuacji, wywołując filmy, skanując i obrabiając mozolnie klatkę za klatką. Następny wyjazd niebawem!