Laos – Luang Prabang

Przyjazd do dawnej stolicy Laosu

…a raczej wyjazd z Vang Viengu.

Środek nocy, Paphou chciała pokazać nocne życie rodzinnego miasteczka. Poszliśmy do jednego z jej ulubionych klubów, na moje szczęście posiadał część otwartą z ławkami, gdzie można było usiąść i spróbować wymienić choćby kilka zdań przy głośnej muzyce. Obok dosiadł się kumpel Paphou z policji, a mnie zaczepiał barman:

– Hej kolego, ty nie jesteś z Azji, skąd ten akcent? – Urodziłem się w Europie, a ty? – Ameryka Północna. – A to widzisz, swój swojego pozna.

Wróciłem dość późno, przy okazji odrzucając zalotne romansy chłopaka z Korei, budzik nastawiłem przecież na 5 czy 6…

Ambitnie jechałem przez pierwsze 150 kilometrów. Nie zwracałem uwagi na ciągnący się podjazd od kilku godzin (Ile można? Na jakiej wysokości jestem?), który lubił zmienić swoją nawierzchnię z asfaltu na typowy szuter lub piasek. Później łapałem gumę jedna za drugą… W końcu skończyły mi się chęci, łatki i światło słoneczne. Późny zachód, a ja miałem jeszcze 50 kilometrów po dzikich górach do Luang Prabang.

Usiadłem na skraju drogi i postanowiłem, że będę czekał na pierwszy lepszy samochód. Nawet lepiej! Autobus! Niczym we filmach akcji stanąłem na środku drogi, rozłożyłem ręce i liczyłem na łut szczęścia, że nie rozstanę rozwalony przez pędzącego busa. Zatrzymał się.

– Luang Pranag? Yes, yes. – I want to go with you. And my bike! – Bike? No problem!

Wrzucili go na dach, przywiązali, zapłaciłem za bilet i dzwoniłem do reszty,  że problemy zniknęły, będę za ponad 2 godziny na miejscu.

Życie ulicy

Spokojne życie w Luang Prabang dzieli się na 3 tryby:

– poranek: wąskie uliczki wokół historycznego centrum były wypełnione straganami z przeróżną maścią zwierząt zarówno żywych jak i uprzednio ubitych, warzyw, owoców a przede wszystkim: stołów z usmażonymi o 8 rano sajgonkami, upieczonym ryżem z cukrem nad ogniem i masą innych rzeczy, których bałem się spróbować.

– dzień – nie tak upalny jak w Wientianie czy Vang Viengu, zatem było tutaj więcej ruchu, więcej życia. Czas odpoczynku dla straganiarzy przed kolejnym kursem oraz tabuny czarnowłosych dziewczyn zerwanych z lekcji w tradycyjnych laotańskich mundurkach.

– wieczór – odrodzenie stanowisk z poranka, jednak sprzedawcy nie chowają się na uboczu, a rozkładają się na głównej ulicy kompletnie ją blokując i zamykając aż do ostatniego klienta.

Uprawa ryżu

Poprzednią wigilię spędziłem z Maciejem podjeżdżając rowerem Pico de Las Nieves na Gran Canarii. Tym razem nasza wesoła wycieczka wybrała pole ryżowe – kurs obejmował dwie-trzy godziny teorii i praktyki tradycyjnej uprawy ryżu, od wybierania dobrych ziaren, poprzez sadzenie, prowadzenie bawoła i zbieranie do bambusowych koszy.

Co ciekawe, byliśmy jedyną grupą (a chodzili z nami też Szwedzi, Hiszpanie i Anglicy), która wykupiła również obiad po całej zabawie w błocie. Wszystkie składniki na potrawy były świeżo zebrane i przygotowane na miejscu, a ryż, który się widziało za plecami smakował jeszcze lepiej, choć na początku ciężko w to uwierzyć.

Kolarstwo

Okres pobytu w Luang Prabang to lekkie problemy ze zdrowiem. Co z tego, że wokół było 30 stopni, jak dwa dni przeleżałem w łóżku, ze względu na zabójczą klimę w każdym sklepie, autobusie, domu… Bolące gardło uniemożliwiało mi rozmowę, a co dopiero jazdę na rowerze – starałem się wyzdrowieć na tyle, abym był w stanie zmierzyć się jeszcze raz z górami pomiędzy Luang Prabang a Vang Viengiem na jednośladzie.