Letni Toruński Alleycat

Przygotowania


Końcówka czerwca, a ja począwszy od Dnia Dziecka zmieniałem swoje położenie na mapie Polski jak opętany. Do domu przyjeżdżałem tylko wymienić garderobę na świeżą, co nie uszczęśliwiało reszty domowników, którzy chcieli zamienić choć kilka zdań. Lawirowałem pomiędzy biurowcami w Warszawie, szkołą w Gdyni i gdańskimi mniejszymi budynkami. Nocowałem u Wojtka, po tym jak wyszedłem z budowy po 20 i dotarło do mnie, że przydałby się nocleg. Nocowałem u Anety, która zna mnie tylko z Instagrama, nocowałem w hostelu, nocowałem na Mazurach, nocowałem tu i tam… I Parada Równości, tęczowe filmy, bezsenne noce z chemią fotograficzną i senne dnie ze skanerem.

Wróciłem z warszawskiego mieszkania Karoliny do swojego pokoju około godziny 10-tej. Szybka kawka, spakowanie aparatów do torby, szybka analiza jakich filmów będę potrzebować, napompowanie roweru i… już pedałowałem w stronę Torunia.

Tratwę odnalazłem bezproblemowo, idealna miejscówka z cieniem pośród starówki, zaraz obok Krzywej Wieży. Powoli zaczęła zbierać się ekipa, pojawiła się też Ola i Patryk, a wraz z nimi Straż Miejska z plotką o sprzedaniu uczestników nielegalnego wyścigu na psy. Zabrali jakiegoś menela i pojechali do siebie na kwadrat.

Mało kto chciał stanąć pod murem do zdjęcia portretowego, jednak kilka osób udało się namówić. Właściwie to pierwszy sprawdzian Summicrona 50 mm Dual Range z 1957 roku w terenie, poza szybkim testem w dniu przyjazdu paczki z Holandii. Namiary na unikatowy sklep otrzymałem od Tomka, który w restauracji przy nietuzinkowym obiedzie sprzedał mi Leicę M3 przy opowieściach o fotografii i prywatnych (imponujących) zbiorach sprzętu dwukrotnie starszego ode mnie.

Towarzystwo zaczęło się rozluźniać, godzina startu dawno minęła, także organizatorzy postanowili oficjalnie rozpocząć wyścig poprzez rozdanie manifestów i szprychówek. Też taką dostałem, z napisem PRESS na odwrocie. Dumnie prezentowała się pomiędzy szprychami tylnego koła.

Ludzie się rozjechali we wszystkie strony świata, a ja pomknąłem na kole Doriana i z Mikołajem do Sobiego.

Podczas wyścigu


Klienci włażą do serwisu Sobiego, a my chowamy piwa pod ladę niczym niegrzeczni uczniacy w gimnazjum. Koniec końców wpada ziomek po odbiór roweru taty, wyjeżdża i kilka metrów po przekroczeniu progów luzuje ramię korby i… wraca ze złością na twarzy. Panie, toć to korba na klin, nienaprawialny szajs.

Postanawiamy się ruszyć, bo ile można siedzieć i czekać na uczestników w najdalszym punkcie wyścigu. Trochę więcej słońca znajdujemy na rubinkowskim skateparku, byli tutaj ludzie! Chyba nikt do końca nie znał zasad, bo jedni twierdzili, że trzeba objechać pumptrack, drudzy,  że oba… A ja się nie udzielałem w tej kwestii, za cienki w uszach jestem na wyścigi i kryteria punktowe.

Impreza


Godzina 18-sta, czas wracać do bazy oferującej piwo ze zniżką po okazaniu rysunku kocura na rowerze. Szanowna komisja w jednoosobowym składzie Patryka zliczała punkty, a reszta uczestników zabawy przechylała kufle. Tak patrząc na wszystkich dookoła też mi się zachciało coś wypić, poszedłem do środka Tratwy zamówić brązowy trunek, wyszedłem… a tu już po ogłoszeniu wyników.

No nic sobie mówię, to nie koniec świata. Spytałem się kto wygrał (mama Doriana!), Gosia zajęła 2 albo 3 miejsce. Tyle dla mnie, bo zbliżała się 20-sta, a ja jeszcze miałem godzinę pedałowania do domu po ciężkim dniu!