RPA – Dziennik – Montagu

Część 4

Zachód słońca w Montagu

2018/02/22

Przeprowadzka. Nie ma pośpiechu, aby zrywać się z łóżka. Jem obiad od Glennis. Przyjeżdża kierowca – ten sam, który odbierał mnie z lotniska w Kapsztadzie! Dostaję upominki – czapkę i flagę Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej od Mike’a. Wymieniamy e-maile. Wsiadam do załadowanego busa i ruszam do ostatniego miejsca, które zwiedzę w Afryce. Po drodze rozmawiamy o moich dotychczasowych przygodach.

Na tej trasie szczególnie widać piękno gór, ogrom plantacji, winnic… Przełęcz przed Montagu jest cudowna, same czerwone skały.

Wita mnie Mitch oraz Jean. Cudowne osoby od samego poznania! Po rozpakowaniu proponują wspólną przejażdżkę samochodem. A co będziemy robić? Zjemy obiad w restauracji, odwiedzimy pralnię i poszukamy dla ciebie nowych dętek. To brzmi jak plan!

Wstępujemy do jednego z ich ulubionych miejsc: Barn 62. Poznaję Dominikę, jej głos zwala mnie z nóg. Zamawiam hiszpańską pastę (a zobaczę jak to przygotują na końcu Afryki!), zmrożoną kawę i shake’a na sam koniec. Na pewno tu wrócę, tymczasem jedziemy do pralni i po dętki.

Wchodzimy do małego sklepu rowerowego, Mitch wyjaśnia, że jestem turystą z Polski – pokazuję opaleniznę – i za to dostaję jedną dętkę gratis! Telefony w ruch, każdy robi zdjęcia Mariusza-zebry. Piękna sprawa.

Wjazd na posesję

Reperuję rower, nie tylko koła wołają o pomoc. Wieczorem ruszam przed siebie.

Siedzę na środku drogi, patrzę na zachód słońca, tak piękny, fioletowy z księżycem nad Montagu…

Wielka pętla

2018/02/23

Nowe miejsce, nowe tereny, nowe oczekiwania. Jadę do Barn 62, aby chwilę pogadać z Dominiką. Przy okazji na śniadanie jem omlet po afrykańsku- kompletnie nie przypomina europejskiego. Mimo wszystko jest przepyszny. Żegnam się z Dominiką (JEJ GŁOS!!!), ubieram kask i wsiadam na rower.

Dopiero w czasie jazdy zaczyna do mnie docierać, że droga 62 jest sławna w tym rejonie, a wszystko za sprawą otaczających gór. Mija mnie dużo kamperów czy Harley’owców. Pani w klimatyczno – rockowej knajpie nalewa mi zimnej wody do bidonu. Nic to nie daje, gdyż ociepla się po kilku minutach jazdy w skwarze.

Cudowne skały

Barrydale, skręt i przełęcz Stone Heaven. Coś cudownego! Wiedziałem, że będę jechał po serpentynach, ale nie spodziewałem się, że będzie tutaj tak pięknie! Wiatr gwiżdżący po skałach, poza tym na drodze spokój, brak ruchu na drodze.

Zatrzymuję się w podrzędnym barze, zamawiam sok jabłkowy. Co ciekawe, mogę tutaj zapłacić kartą. Klimat typowej zapadłej wioski zapomnianej przez wszystkich dookoła.

Wjeżdżam rowerem na autostradę. Totalny luz, mijam co kilka kilometrów znaki “Uwaga piesi”, wyprzedzają mnie trzy radiowozy, policjanci uśmiechają się na mój widok. Innej asfaltowej drogi w tym rejonie nie ma.

Lody w Swellendam (podczas planowania myślałem, aby tutaj nocować. Całe szczęście, że wylądowałem w Montagu!). Potem naprawdę wolno człapię się w kierunki domku. Kompletnie umęczony wjeżdżam do jednej z winnic z hotelem i restauracją. Miejsce sprawia wrażenie bardzo luksusowego, ale raz się żyje. Proszę o shake’a, a dodatkowo uprzejma murzynka nalewa mi zimnej wody do bidonu i nasypuje lodu! Jak miło! Po podładowaniu sił wjeżdżam na ostatnią prostą do Montagu – zbliża się wieczór, temperatura odpuszcza.

Anomalia

2018/02/24

Wychodzę z domu z plecakiem, kierunek Spar. Nie mija minuta, kiedy jadę do niego z Francuzką samochodem, która podrzuca mnie niemal na miejsce. W oddali mijam sobotni rynek.

Rozmyślam o trasie. W teorii 50 km ciągle pod górkę, a potem już przyjemniejsza część zjazdowa.

Mijam klub dla golfistów na końcu Montagu i już zaczynają się góry, po obu stronach drogi. Asfalt nieustannie pnie się do góry, a ja jestem w centrum doliny. Niesamowite uczucie. Pierwszą przełęcz pokonuję bez większego wysiłku, ale na szczycie pojawia się wielki problem: zimno. Dzień anomalii temperaturowej. Nie zatrzymuję się, jednak ciemne i nisko zawieszone chmury zwiastują co najmniej wielką ulewę. Jestem dobrej myśli, że wrócę suchy.

Zabawa na serpentynach

Ręce mam lodowate, murzyni na wiosce patrzą się na mnie jak na czarnoksiężnika. Całe szczęście, że na chwilę wychodzi słońce, które ogrzewa mi plecy i dłonie podczas ciągłej wspinaczki. Przy tabliczce “1234 m npm” na szczycie ciało wraca do normalnej temperatury.

Niestety podczas zjazdu chmury całkowicie zakrywają i odcinają promienie słoneczne. Na moje szczęście pędzę z wiatrem wiejącym w plecy. Nie czuję palców z zimna, nie mogę nawet zrobić zdjęcia, bo aparat wypada mi z dłoni. Co za nonsens, jest poniżej 20 stopni a ja zamarzam…

Po kilku gorących herbatach pod kołdrą ciało wraca do normalności.

Zimniejszy dzień ugasił pożary szalejące wysoko w górach, które wybuchły wczoraj wieczorem.

Odpoczynek

2018/02/25

Nie dotykam dzisiaj roweru. Jestem za bardzo zmęczony. Lenistwo. Sklep bez pośpiechu. Przed czytaniem książki urządzam sobie spacer po Montagu, próbuję kogoś znaleźć do sfotografowania na pustych ulicach. W końcu trafiam na żebraka siedzącego przed jedną z restauracji.

Czytam Gombrowicza. Po kilku godzinach dostaję zaproszenie od Mitcha, aby przywitać się i chwilę porozmawiać z ich sąsiadkami.

Uwaga Kocurkolandia!

Wieczorem jadę z Mitchem samochodem do sklepu po wino dla Jean. Potem pokazuje mi dzielnicę biedoty wokół miasteczka, ale wygląda to o niebo lepiej niż Park Mandeli…

Wspólne siedzenie z moimi gospodarzami, długie rozmowy, wino czerwone i białe.

Górskie szutry

2018/02/26

Nie mogę się zdecydować gdzie jechać. Wybór pada na zachodnie rejony gór. W teorii większość po szutrze, tym razem nie jest to dla mnie problem. Od kilku dni mam nowe dętki i zapas łatek.

Mijam zakłady wina w Ashton, a później w Robertson, wraz z zapachami winogron roznoszącymi się po ulicach. Po kilku małych wspinaczkach odbijam w prawo na drogę szutrową u podnóża gór. Jest cholernie gorąco, aż zaczynam myśleć o jakimś postoju i kupnie wody.

Dziki cmentarz

Po wielu kilometrach udaje mi się znaleźć knajpę, kupuję sok, chociaż proponują piwo.

Odrywam świeży, dziko położony cmentarz. Gdzieś pośrodku niczego trafiam na ciągnik, doganiam go i prawie do Robertson jadę za nim spokojnie 30 km na godzinę. Ulga dla zmęczonych nóg. W końcu znika gdzieś w winnicy, a ja odrywam sklep obwieszony dyniami. Lodowa przerwa na ganku!

Znowu widzę ogień i dym w górach, ten obrazek otacza mnie cały czas od Robertson aż do Montagu…

Z wizytą w McGregor

2018/02/27

Odwiedzam Barn 62 i Dominikę po raz ostatni. Odwiedzę McGregor po szutrowych ścieżkach – wydaje mi się to dobrą myślą, tym bardziej, że to wieś-brat bliźniak Greyton. To moja ostatnia jazda w Afryce, przecież wieczorem dostałem zaproszenie na braai.

Pierwsze kilometry idą ciężko. Nawet pojawia się myśl w głowie, aby zawrócić w pewnym momencie, ciało ma serdecznie dość wysiłku przy 35 stopniach. Jednak nie zawracam, zmęczony ruszam dalej…

Docieram do malutkiego McGregor. Wioska zamieszkana przez pracowników plantacji i winnic. Problem zaczyna się, gdy wchodzę do kolejnego sklepu, a nie mogę kupić ani loda, ani wody – tylko gotówka! Kurcze, przecież całą zostawiłem w Barn 62, na co mi fizyczny pieniądz na dzień przed wylotem. W końcu w monopolowym akceptują karty, a z zimnych rzeczy bez procentów mają tylko Coca Colę. Dobre i to.

Mitch!

Kamieniste drogi pośród gór. Przybijam piątkę z dzieciakami wracającymi ze szkoły, jak cię cieszyli! Roboty drogowe, piach, woda, błoto. Nieopodal dalej samochód leżący w rowie, policja pisze protokół z miejsca zdarzenia.

Zaczyna się droga asfaltowa. Gdzieś przy drodze zauważam mały sklepik, zatrzymuję się kupić coś do picia. Znowu nie mam gotówki, jednak dla właściciela to nie problem. Z racji bycia Europejczykiem dostaję zimną Colę prosto z lodówki za darmo. Nawet nie chciał słuchać tłumaczeń, że kupię sobie normalnie za kilka kilometrów w Ashton!

* * *

Braai z Jean i Mitchem. Piję lekker dop i jem lekker bobotie. Opowiadam żarty o zakalcu. Słucham historii o apartheidzie, historii dawnej Afryki. Samemu przez godzinę opowiadam o Europie i Polsce.

Hermanus

2018/02/28

Rower ma dzisiaj odpoczynek – jedziemy na wycieczkę! Gawędzimy podczas jazdy samochodem. Zatrzymujemy się pośrodku niczego przy sklepiku, kupuję dwa ciastka i cydr. O wiele mocniejszy niż polski! Jadąc na południe mijam za oknem wielu czarnych idących po drodze z wiosek do wiosek.

W Hermanusie słyszę polskie rozmowy! Zaczepiam! O pan mówi po polsku! Para Polaków z Katowic lub Wrocławia, pracująca i mieszkająca w Dortmundzie przyleciała na wakacje. Chwilę pogadaliśmy o wrażeniach, wracam do moich gospodarzy zjeść obiad. Wybieramy restaurację w jaskini klifu, niesamowite! Kupuję kilka pamiątek dla rodziny.

Kocurek z mojego domku

Wracamy. W mieszkaniu dziękuję za miło spędzony czas, dopijam resztki lokalnego wina, które mi zostały.

Pożegnanie z Afryką

2018/03/01

Pakowanie. Wycieczka z Mitchem do Spara po obiad i w poszukiwaniu kubka dla Kingi. Znalazłem ciekawy w sklepie jego znajomej. Również małego słonika do firmy.

Kierowca przyjeżdża godzinę przed czasem, pijemy herbatę i rozmawiamy chwilę przed pożegnaniem. Nadszedł czas dojazdu do Kapsztadu…

Przez trzy godziny podziwiałem po raz ostatni widoki, góry, plantacje.

* * *

W Emiratach proszę o czerwone i białe wino. Dzięki temu lekko się upijam i śpię jak niemowlę (pomiędzy obiadami) podczas 10 godzinnego lotu do Dubaju. Przesiadka i po kolejnych 6 godzinach stawiam stopę w mroźnej Warszawie.

Komentarz do części czwartej

Do Montagu trafiłem nieco przypadkowo – w innej miejscowości, w której chciałem się zatrzymać nie było noclegów, a jeśli już to w kosmicznej cenie. Dzięki temu zbiegowi okoliczności poznałem najsympatyczniejszych gospodarzy u jakichkolwiek spałem.

Kolejny tydzień jazdy rowerem w afrykańskim słońcu zmęczył mnie kompletnie. Przede wszystkim fizycznie. Po powrocie na rower nie mogłem patrzeć, a jakakolwiek radość z jazdy przyszła dopiero z końcówką kwietnia.

W międzyczasie udało mi się wygrać konkurs organizowany przez Fujifilm. Zdjęcia z Parku Mandeli odniosły sukces, a ja dorobiłem się za to drukarki polaroidów. Teraz z każdego wyjazdu drukuję sobie wybrane 10 zdjęć (niekoniecznie najlepsze, raczej te wzbudzające emocje) i wieszam nad biurkiem. Póki co mam 50 polaroidów, a to dopiero początek wędrówek po świecie…

Miejsca zwiedzone pieszo lub rowerem