Przed siebie!

razem <3

Spotkanie się rok temu z Maciejem na Karkonoskiej było zupełnym przypadkiem. Raczej żadne z nas nie przypuszczało, że utrzymamy kontakt, a już na pewno nie pomyśleliśmy, że będziemy parą!
A jednak 😀 Na początku chcieliśmy spędzić rocznicę ‘poznania się’ własnie w Karkonoszach, aczkolwiek 15 stopni i zapowiadane deszcze nas nie zachęciły. Pomysły mieliśmy różne. Ostatecznie padło na tułaczkę rowerową z namiotem!

Przygotowania
Jest to bardzo ważny element, nawet jeśli wyjeżdża się na tylko (i aż) na 6 dni bez zaplanowanej trasy. Musieliśmy uwzględnić pogodę, zamknięte sklepy (święta), możliwe problemy na trasie i co jest konieczne żeby wziąć, a bez czego się obędziemy. Po konsultacji z @metaxy moja lista rzeczy wyglądała następująco:

Rzeczami, które Rafał radził spakować były jeszcze krople do oczu i klamerki na pranie. O ile słońce nam oczu nie wysuszyło, to klamerki faktycznie czasem by się przydały. Z perspektywy czasu żałuję, że nie wzięłam długich spodni dresowych do spania, komina i zimowych skarpetek. Za dnia wszystko było w porządku, lecz kiedy w nocy temperatura w namiocie spadała do 6-7 stopni po prostu zamarzaliśmy. Być może maj to jeszcze nie jest czas na biwakowanie, ale przygoda to przygoda :D. Pewnie drugi śpiwór albo grzałka rozwiązała by problem. Przekonamy się następnym razem! Mokre spodenki z pampersem również nie są tak fajne jak suche spodenki z pampersem. Jeśli nie zdążą wyschnąć przez noc – pierwsze godziny na rowerze są niezbyt komfortowe, nie polecam.

Cichociemny Maciej do momentu rozpakowywania się z sakw nie przyznał się do zabrania dodatkowo 2 rolek papieru toaletowego, świeczek (XDD), drugiego zestawu sztućców, żelu do włosów, maści na ugryzienia od komarów, zapięcie do roweru, folii spożywczej, rękawków, nogawek, miliony par skarpetek, dwóch kominów i klapek do kąpania. 5 pierwszych pozycji to wgle WTF, haha :D, ale reszta naprawdę się przydała. Folią zawijaliśmy sobie kanapki, ile ubrań zdołałam tyle zakładałam na noc, a klapki do kąpania ze względów higienicznych. Łącznie nie zużyliśmy nawet jednej rolki papieru. Opakowanie 80 chusteczek nawilżonych to też przesada. Ciężkie i szkoda miejsca. Apropo bikepackingu – mnie starczył mały plecak oraz apidura, a Maciej zaopatrzył się w bagażnik przymocowany do rury podsiodłowej i sakw 2×20 l. Idealnie!

 

Trip

Koncepcja naszej wyprawy polegała na tym żeby jechać przed siebie ile się uda, a wieczorem pomyśleć o noclegu. Kiedy spotkaliśmy się we wtorek zaproponowałam fajną ścieżką rowerową poprowadzoną aż do samego Unisławia. Stamtąd już blisko do malowniczych Borów Tucholskich, za którymi się stęskniłam. Późnym popołudniem rozbiliśmy namiot nad jeziorem w ośrodku wypoczynkowym Deczno w Sulnówku. Mieliśmy dostęp do prądu i ciepłej wody. Wspaniale! Na molo posiedzieliśmy do ostatnich promyczków słonka. Noc niestety nie była taka kolorowa. Przebudziliśmy się z milion razy żeby ukraść sobie śpiwór i inaczej się ułożyć. Teraz to wspominam z uśmiechem na twarzy 😀

Kolejnego dnia poranek zaczęliśmy wspaniale! Zaraz po pożegnaniu się z super miejscówką zatrzymaliśmy się na ogromne kebaby oraz przepyszne desery lodowe. Nieco się zasiedzieliśmy, ale było warto! Chociaż mimo ogromnej porcji jedzenia dosyć wcześnie złapała mnie bombka w lesie. Na domiar złego zaczęło kropić. To był znak żeby szukać przytulnego pokoju w Tucholi! Padało całą noc aż do 11. Nie był to dla nas większy problem, gdyż zmęczenie wynikające z poprzedniego dnia i wino uśpiło nas na wystarczająco długo 😀

W czwartek ukojeniem dla zarówno wzroku jak i uszu był przepiękny Park Narodowy Bory Tucholskie. Nienaruszona przyroda cudnie się prezentowała, a ścieżki nadawały się idealnie do jazdy na rowerze. Wcześniej Maciej tyrał mnie albo przez piachy, albo przez powalone na ścieżce drzewa. Oj namęczyłam się, haha. Podczas zwiedzania największe wrażenie wywarł na mnie 600-letni Dąb Bartuś w samym sercu parku. Kurcze, gdybym nie była na fizjo to zostałabym przyrodnikiem! Wieczorem wykupiliśmy pole namiotowe w Swornychgaciach nad Brdą! Kiedy Maciej pojechał do sklepu, ja o 19 już zasnęłam wykończona ze wszystkimi ubraniami jakie miałam spakowane na sobie.

 

Rano rozważaliśmy dwie opcje. Albo zawrócić i zrobić pętle do domu, albo udać się na północ nad morze. Drugi wariant przypadł nam bardziej do gustu! Wdzydzki Park Krajobrazowy w porównaniu do Parku Narodowego był nieco mniej zachwycający. Trudno się dziwić! Ale miło rozpocząć dzień od przejażdżki w lesie i nasłuchiwania ptaszków 🙂 Za to później co się działo na trasie to głowa mała! Podjazd, zjazd, kamienie, bruki, dziury! Niesamowite ile radości może dać przełaj. Czasem już naprawdę się bałam, ale nie hamowałam XD Chyba z tej radości znów się zbombowałam. Tylko co zrobić, jak obok jest szczyt do wjechania? Ano zacząć pracować głową! Pomalutku, powolutku dotoczyłam się na Wieżycę w Kaszubskim Parku Krajobrazowym. Dumna z siebie byłam bardzo, ale nie mogłam się doczekać ciepłej herbatki i chwili leżakowania. O dziwo tym razem nie szukaliśmy noclegu, to on znalazł nas! Nie mam pojęcia jakim cudem znaleźliśmy się w jakimś mieszkaniu kościelnym, ale śmiesznie jest słyszeć na dobranoc i na dzień dobry mszę w pokoju 😀 Stąd też przygarnęłam sobie super kubek!

W sobotę po raz pierwszy postanowiliśmy wstać rano, ażeby jak najszybciej dotrzeć nad wodę. Nie jechaliśmy jednak zbyt żwawo (chyba). Garmin wyprowadził nas też wąską ścieżką w ślepą uliczkę. Mówiłam ‘Maciej dawaj przez płot’, ale niee, wracaliśmy na okrętkę. Siły odzyskiwałam proporcjonalnie do zmniejszenia się odległości od morza. Prawdziwe szczęście ogarnęło kiedy dotarliśmy do dużych okrętów pokazowych i usłyszałam szum fal, zobaczyłam głębię tafli wody. Parę minut później znaleźliśmy miejsce na plaży, po czym oboje usnęliśmy na brzuszkach <3
Kiedy się obudziliśmy było już zimno, więc opaliliśmy się tylko na jednej stronie 😀 szybka fotka z poświęceniem (rozebrałam się żeby udawać, że mi ciepło XD) w morzu i w poszukiwaniu szamki! Na zewnątrz było niestety tak zimno, że o 18 mieliśmy już wszystkie ubrania założone na sobie i nie wyobrażaliśmy sobie przeżycia nocy pod namiotem. Do najbliższego kempingu było 11 km (?), więc no po prostu.. heh.. no nie tym razem XD. W sklepie zaopatrzyliśmy się w kolejne winko oraz dobre jedzonko do ugotowania (serio jeszcze nigdy nie miałam ochoty na ziemniaki z masełkiem jak wtedy 😀 ) Więcej mi do szczęścia nie było potrzebne ^^

W niedzielę rano sprawdziliśmy pociągi i zorganizowaliśmy się tak, żeby zdążyć posiedzieć jeszcze chwilę na plaży. Polubiłam się bardzo z Gdynią! Ale jeszcze bardziej zbliżyliśmy się do siebie z Maciejem i wiemy nad czym pracować żeby żyło nam się jeszcze lepiej 🙂

Dziękuję za cały wyjazd!
Kocham Cię <3