RPA – Dziennik – Greyton

Część 3

Przeprowadzka na wieś

2018/02/15

Wstaję ospale, w głowie plączą się myśli. Odczytuję smsa od Mandy – Mariusz, odpal wiadomości. Wchodzę na Internet, w sieci aż huczy od nagłówków “Najpiękniejszy prezent od prezydenta Zumy dla obywateli na walentynki – rezygnacja!”.

Opuszczam miasto po 2 tygodniach, do marca będę zdany tylko na siebie. Kierowca przyjeżdża 15 minut przed omówioną godziną, jestem zaskoczony. Pożegnanie z Sophie. Wybijamy się z Somerset West, pokonujemy ogromną przełęcz, którą dzień wcześniej chcieliśmy podjechać z Paulem. Kierowca pół hindus, pół tutejszy. Opowiada mi o aktualnej polityce kraju, kto może zostać następcą Zumy, który kilka godzin temu zrezygnował z urzędu pod naciskiem partii, jakie będą skutki, kto pójdzie do więzienia. Ciekawie rozgaduje się o swoich spostrzeżeniach na temat szczęścia, życia, spełnieniu i pieniądzach.

Pierwsze godziny

* * *

Docieram do Glennis i Michaela. Witają mnie kawą i małym poczęstunkiem, są tak sympatyczni, że gadamy przez 3 godziny dosłownie o wszystkim – o mnie, mojej rodzinie, ich, obecnej sytuacji w kraju jak i na świecie. Jestem szczęśliwy, że wylądowałem u najsympatyczniejszego małżeństwa do tej pory, wychodzę znów lekko pijany po próbowaniu wszelkich afrykańskich trunków. Niestety samemu zasypiam w pięknym domku, do wyboru mam 5 łóżek. Nikogo poza mną tutaj nie ma.

Pobudka w pustym domu

2018/02/16

W końcu mam normalną patelnię i gazową kuchenkę. Smażę jajka, kładę je na świeżo kupionym chlebie, zapijam herbatą. Nie wiem dlaczego, ale w tylnym kole za często ucieka powietrze, biorę narzędzia i zmieniam dętkę. Chowam pozwolenie na jazdę w górach do torby, wyruszam w świat.

Rowerem po górach

Początkowo gubię się na ścieżce, nie wiem jak odnaleźć właściwą drogę. Dość szybko lokalizuję odpowiednie strzałki, które okazują się być niezastąpione w przeciągu dnia. Docieram do serca gór, od razu wracają wspomnienia z Yorkshire Dales. Kamienista ścieżka, czasem utwardzona, czasem z samej czerwonej skały. Przez cały dzień jestem otoczony tylko i wyłącznie górami, krowami, dziko biegającymi koniami z widocznymi żebrami pod skórą.

Jedyni towarzysze na szlaku

Zdarza się kolejna sytuacja, kiedy murzyńskie dzieci biegną do mnie, krzyczą, chcą mnie dotknąć, a ja kompletnie nic nie rozumiem co do mnie mówią.

W górach myślę o Somerset West.

Biedota na wsi niekiedy wygląda przerażająco – wzrok ludzi i domy, które ciężko nazwać szałasem. Jutro rynek o 10.

Rynek

2018/02/17

Największe wydarzenie we wsi z kilkoma domami i jedną drogą – cotygodniowy, sobotni rynek. Widzę dość spory tłum ludzi zgromadzonych wokół kościoła. Wchodzę na trawnik, początkowo próbuję ogarnąć co się ogólnie dzieje, kto i z czym się rozkłada. Rozmawiam z panią, od której kupuję coś w rodzaju masła lub kruszonki o smaku wanilii i czekolady. Chwilę rozmawiam z dziadkiem, który sprzedaje magiczną wodę i próbuję zgadnąć z jakiego kraju pochodzę. Zaczepiam gościa z brodą i tatuażami, który na miejscu robi i sprzedaje makaron.

Świeży makaron!

W drodze powrotnej zaczepia mnie starszy murzyn – jak twierdzi – potomek pierwotnych Buszmenów. Opowiada o siłach natury, wierze w miłość, szczęściu w życiu. Leczy się kamieniami i roślinami zbieranymi w górach. Na koniec próbuję skontaktować się z Robertem – Polakiem w Greytonie, współwłaścicielem restauracji Hungry Monk. Niestety przebywa w Hermanusie, a ja chwilę pogadałem z Hindusem…

Jeden z potomków Buszmenów

Na koniec dnia jeżdżę rowerem po okolicznych singlach. I pstrykam sobie zdjęcie.

Przełajowy raj

2018/02/18

Myśli koncentruję tylko na ścieżkach. Internet działa tak wolno, że mam problem z narysowaniem jakiejkolwiek trasy na mapie. Za n-tym razem w końcu mi się to udaje, co za radość. Wychodzę, zaczyna się dopiero dzień.

Konie, wszędzie konie

Dwie trasy prawie identyczne jak wczoraj, w końcu jadę do lasku i wjeżdżam na jeden z najtrudniejszych szlaków. Naprawdę daje mi w kość. Jazda przełajem po głazach i kamieniach do najłatwiejszych nie należy.

Widoki przecudowne, pojedyncza ścieżka pośród urwisk. Często zsiadam z roweru i go prowadzę, bo jechać się po prostu nie da. Guma za gumą. Łapię nawet ciernia, który bezlitośnie wbija się w przednią oponę.

W poszukiwaniu symetrii

Męczący dzień, naprawdę. Gum tyle, ile podczas normalnej jazdy w ciągu roku. Dętki mają po 4 łatki, a tu zaraz kolejne przebicie – jutro załatam – dziś daję sobie spokój…

Dzień odpoczynku, dzień rozmów

2018/02/19

Rano czytam w ogrodzie Pornografię Gombrowicza. 20 stron zostało do końca i posłowie.

* * *

Po południu wchodzę do informacji dla turystów, aby zakupić pozwolenie na wspinaczkę w górach. W międzyczasie nawiązuję rozmowę z jedną z pracowniczek centrum, a mianowicie Roslyn Petersen. Przy okazji wyjąłem notatnik i zapisywałem urywki myśli po angielsku.

Dzień dobry, możemy porozmawiać o Greytonie i o waszym zadaniu na wsi z jedną główną ulicą?

Cześć Mariusz, jasne. W centrum pracują dwie osoby, jak widzisz dzisiaj jestem sama, nie zawsze jest potrzeba, aby ktoś mi pomagał. Greyton kiedyś to była typowo gospodarska wioska, ale z czasem stawał się coraz większą atrakcją dla turystów. Organizuję 4 imprezy MTB w roku, koncerty muzyki poważnej oraz w razie potrzeby załatwiam noclegi dla zwiedzających, którzy przyjeżdżają bez żadnej rezerwacji. Dzięki temu czują się bezpieczniej, staramy się być bardzo przyjaźni dla innych, niestety czasem musimy informować o możliwości drobnych kradzieży i uważaniu na siebie.

Powiesz coś o sobie Roslyn?

Mieszkałam w Kapsztadzie, ale sytuacja zaczęła się robić naprawdę zła i kilka(naście?) lat temu przeprowadziłam się tutaj, do rodzinnej miejscowości mamy. Pamiętam jeszcze czasy kiedy na głównej ulicy nie było latarni, nie było też kradzieży czy narkotyków.

Właśnie o takich drobnych kradzieżach wspominał mi Mike, mój gospodarz. Postawił nawet drut kolczasty na granicy ogrodu, aby zapobiec włamywaniu się intruzom. Kradną tylko komórki i gotówkę, portfel zostaje nietknięty poza zawartością…

Główny problem afrykańskiej wsi polega na dużej liczbie nastoletnich ciąż, łatwym dostępie do narkotyków, brak pracy czy jakichkolwiek kwalifikacji… Około 10 lat temu zaczął się problem z narkomanią w okolicy, pojawiły się nowe substancje, ludzie spróbowali, zaczęli to kupować i pojawiła się grupa uzależnionych. Bez pracy pozostaje jedynie kraść, aby zdobyć pieniądze na nową działkę.

I do czego prowadzą te uzależnienia?

Wczoraj wieczorem spłonął jeden szałas. Cała społeczność jest wstrząśnięta tym wydarzeniem, bo w środku zginęła czwórka dzieci (2, 4, 7 i 9-cio letnie), a piąte trafiło z poważnymi poparzeniami do szpitala. Rodzice narkomani zostawili dom i dzieci w środku bez opieki, prawdopodobnie świeca spowodowała pożar. Do pomocy dołączył się Czerwony Krzyż, aby opłacić sprawy pogrzebowe.

* * *

Wieczór. Urodziny Glennis, na które dostałem wczoraj zaproszenie. Cudowny czas! Przez kilka godzin rozmawiamy o nas – ja o Europie, Glennis i Mike – o Afryce.

Boesmanskloof

2018/02/20

Wstaję lekko zamulony. Wczoraj wypiłem z Mikem dużo whisky, a potem jeszcze trochę dopiłem leżąc już w łóżku podczas słuchania muzyki. Jem płatki z mlekiem, biorę batony i soki do plecaka, wychodzę na zewnątrz.

Gra światła

Idę wzdłuż wioski, ale wybieram znacznie mniejszą uliczkę. Domki farmerskie, gospodarskie, kilka na sprzedaż. Docieram do początku szlaku Boesmanskloof. Chodzę po strumieniu, a właściwie jego pozostałościach – koryto jest zupełnie suche, same kamienie. Powoli wspinam się do góry. Jest jeszcze poranek, około 9-tej, chmury przepięknie nisko osadziły się na szczytach gór. Widoki przypominające poranki na Gran Canarii. Pomimo tego, że nie zrobiło się jeszcze upalnie to i tak bardzo często sięgam do plecaka po sok. Dochodzę do doliny, pierwsze skojarzenie nasuwa mi się z przełęczą Hardknott. Dziwne i ciekawe uczucie. Szeroka ścieżka zamieniła się w wąski szlak.

Na dole słyszę śmiechy i szum spadającej wody – wodospad! Susza, niemiłosierny żar z nieba, a ja odkrywam wodospad z czystą wodą w sercu gór! Siadam na kamieniu i jem batona. Nie smakuje. Ruszam dalej w głąb doliny, przedzieram się przez gąszcz roślin z podmokłą gliną – tego się nie spodziewałem!

Dochodzę do początku pętli, skręcam w lewo, aby za sekundę wchodzić po schodach niczym z filmu przygodowego. Nie wiem kompletnie czego się spodziewać, widzę małe zwierzęta biegające na dole kanionu. Nagle przede mną przebiega mała sarenka.

Eagle’s Nest

Dom? DOM! Tutaj? Niesamowite. Jest to domek gościnny nazwany Eagle’s Nest. Przepiękny, cały z kamienia. Okrążam go, ale nie dostrzegam żywej duszy – szkoda, bo napiłbym się ciepłej herbaty. Zawracam do punktu wyjścia, schodzę trawersem pod domkiem. Cały czas coś mi dokucza w brzuchu, a w tym momencie osiąga punkt kulminacyjny. Z powrotem za wiele zdjęć nie robię – chmury gdzieś uciekły, a z nieba leje się tylko gorąc na wszystkie strony.

Wejście w dolinę

Dochodzę do szczytu doliny, jestem bardzo zadowolony – najtrudniejsza część wspinaczki za mną. Teraz pozostaje tylko bezproblemowo zejść do pustego koryta strumienia.

Dopiero w Greytonie czuję, że ból brzucha ustaje. Klasyka gatunku na koniec dnia.

Zmęczenie przeogromne. Zero bólu nóg czy mięśni, jedynie zmęczenie.

Tylko ostrożnie

2018/02/21

Mam plan na 70-80 kilometrów jazdy po szutrach. Po drobnych kamykach to nie jest wcale dużo, ale nie jestem świeży. Przed wyjazdem naprawiam szkody po przedwczoraj. Tylko dwie zapasowe dętki oklejone łatkami nadają się do użycia. Kawa od gospodarzy i w drogę!

Kierunek wschodni, czyli szutry, które z każdym kolejnym kilometrem stają się coraz bardziej wymagające. Wymijają mnie ogromne ciężarówki, pył i piach jak podczas burzy piaskowej! Wszędzie drobiny, także w zębach Mijam drobne wioski wypełnione murzynami w sadach, zbierają gruszki i jabłka. Duża grupa pracowników macha mi rękami, krzyczy, cieszą się na mój widok. Widocznie nikt tutaj poza mną nie jeździ na rowerze… Guma. To znak, że czas wracać, pozostała tylko 1 zapasowa dętka.

Jedna z dróg dojazdowych do autostrady

Mijam szkołę sponsorowaną przez Coca Colę i zaraz kawałek dalej obok dużego gospodarstwa łapię drugiego kapcia. Kolejne, ostatnie kilometry pokonuję bardzo ostrożnie, ale na ostatniej prostej czuję wyciek powietrza z tylnego koła… Tutaj nie mają dętek do kupienia, jeśli w Montagu nie będzie większego sklepu z częściami rowerowymi to będę zmuszony pojechać do Robertson.

Jadę do sklepu oddać moją przepustkę do jazdy po górach, spotykam tam Glennis, która zaprasza mnie na rozmowę. Przechodzę przez ogródek, chwilę opowiadam o moich wrażeniach wspinaczki na Boesmanskloofa.

Zaczyna brakować powietrza z tyłu… Jeszcze kilometr

Wieczorem spokojnie przechadzam się ulicami. Mijam Hungry Monka, chciałem porozmawiać z Robertem – zamknięte. Jem soczystego steka w restauracji naprzeciwko.

Komentarz do części trzeciej

Zmiana o 180 stopni. Góry w oddali nie otaczały miasta, ja byłem w sercu gór. Wystarczyło wyjść do ogrodu, aby zobaczyć chmury osadzone na szczytach. Oczywiście przeprowadzka do wsi z jedną główną asfaltową ulicą zmieniło postrzeganie na wiele rzeczy. Problem z zasięgiem, problem z Internetem (udało mi się raz poprowadzić rozmowę głosową).

Po dwóch dniach kojarzyłem sporą część osób, w sklepie witałem się z ekspedientkami, ludzie na ulicy zaczepiali i pytali się jakim cudem się tutaj znalazłem. Wbrew pozorom to nie miejsce mojego zamieszkania wzbudzało emocje, a… opalenizna! To już trzeci tydzień w afrykańskim słońcu, moje ciało przypominało pasy na drodze lub zebrę z sawanny.

Jedynie szkoda braku nawiązania relacji z współwłaścicielem restauracji Hungry Monk. Trzy razy próbowałem złapać Roberta i nic z tego nie wyszło – ciągle w drodze, ciągle gdzieś indziej. Nawet nie wiem czy po tylu latach w Afryce zapomniał języka polskiego – pewnie nie…

Trasy przebyte pieszo lub rowerem