RPA – Dziennik – Somerset West

Część 2

Południowoafrykańskie braai

2018/02/08

Siódma. Bez pośpiechu piję herbatę słuchając muzyki. Powoli pakuję osobiste rzeczy, najpierw plecak, potem torbę, a na samym końcu rower. Owijam figurkę pingwina i dzikie koty w gazetę, upycham do plecaka. Równo o umówionej godzinie pojawia się nowy kierowca. Niespodziewanie (dla mnie) pojawia też Tapiwa. Szybko wymieniamy kilka zdań na pożegnanie, uścisk i życzenia dobrej podróży.

Kierowca doświadczony życiowo, chwilę opowiada o minibusach z południowoafrykańskimi kolorami na boku. Jeżdżą, trąbią, zatrzymują się gdzie chcą, a niektóre można porównać do ruchomych głośników estradowych. Mijam bardzo dużo skupisk blaszanych domów, zwłaszcza w rejonie lotniska, dalej od centrum Kapsztadu.

* * *

Docieram do Somerset West. Wita mnie Sophie, mam pół garażu na walizki i rower wyłącznie dla siebie. Jej siostra (lub koleżanka?) śmieje się z torby o wielkości łóżka. Co ty tam wozisz Mariusz? Ludzkie zwłoki?

Rupert

Dostaję pomocne rady od Mandy, aby kupić ochronę antyprzebiciową do dętek ze względu na ostre kolce krzaków i ciernie wgryzające się w oponę. Jadę do pobliskiego sklepu rowerowego Specialized. Na 3 kilometrowym odcinku łapię gumę, postanawiam kupić nową tylną oponę, gdyż stara jest przecięta w 2 miejscach. W czasie naprawy roweru przechodzę na drugą stronę ulicy do galerii handlowej zrobić zapasy jedzenia na najbliższe dni. Przed wejściem do Pick’n’Pay zaczepia mnie murzyn, aby wyczyścić buty – to wszystko za darmo – jasne…

Wracam, myję się, kładę się na łóżku. Jest tak gorąco, rozpływam się, a to dopiero środek dnia. Zbliża się umówiona godzina spotkania. Odczytuję smsa od Mandy, biorę torbę, toruńskie pierniki (doleciały bez szwanku) i wychodzę.

* * *

Ruszamy do Charmiany i Ruperta (rodziców Gwen) na braai. Powitanie, uściski, uśmiechy. Poznaję również Lucy, siostrę Gwen. Rozdaję drobne polskie upominki, czyli nasze lokalne toruńskie pierniki. W międzyczasie przychodzi współlokatorka Lucy, a Rupert pokazuje mi piękne zbiory zdjęć, głównie ze wspólnych wyjazdów na jezioro 200 km dalej od Somerset West lub ślubne w Anglii. Przechodzimy do ogrodu i rozpoczynają się pytania co ja w ogóle w życiu robię. Rupert roznieca ogień i griluje kurczaka w typowo południowo afrykańskim wydaniu. Przepyszny, a w dodatku pieczone ziemniaki. Chwilowo rodzina rozmawia między sobą, a ja próbuję łączyć wątki, chociaż nie zawsze to się udaje. Lucy opowiada o wodnej katastrofie w bliźniakach, a Rupert o ptakach i ogrodzie. Przybywa Bettina, jedna ze znajomych rodziny. Opowiadała o swojej koleżance nadużywającej alkoholu. Znikają naczynia ze stołu, pojawiają się białe talerzyki i lody z owocami. Rodzinka zadaje kilka pytań odnośnie moich planów życiowych i rodziny. Z Mandy postanawiamy o zachodzie opuścić miłe towarzystwo, gdyż jutro o 12:30 lecą do Anglii, aby zobaczyć nowo narodzonego wnuka.

* * *

Rupert

Wsiadamy do samochodu, jedziemy kilka ulic dalej do domu rodzinnego Mandy. W środku witają mnie jej rodzice i Gareth, o jaka miła niespodzianka (poznaliśmy się podczas wspólnego wchodzenia na Górę Stołową). Nie wiem z czego to wynika, ale czuję się o wiele swobodniej. Proponują mi lampkę wina, poruszamy tematy afrykańskiej i europejskiej polityki. Są bardzo zdziwieni tym, że w Polsce komunizm zmienił myślenie wielu ludzi, jak i tym, że ściągnąłem buty przed wejściem do domu.

Późnym wieczorem Mandy odwozi mnie do mojego mieszkania.

Walka z wiatrem

2018/02/09

Od samego rana coś mi chodzi po głowie… A, już wiem – wczoraj przed pożegnaniem Mandy pokazała na telefonie warte do odwiedzenia miejsce na mapie. Wystarczy jechać wzdłuż wybrzeża, droga klimatyczna niczym Chapman’s Peak. Jem porządne śniadanie przed 150 km jazdą. Wiatr pcha mnie w kierunku Betty’s Bay, czyli prosto w kierunku wschodnim. Powrót w odwrotną stronę lekki nie będzie. Póki co wjeżdżam na właściwą trasę i jest przepięknie. Góry tworzą malowniczą scenerię, droga jest dobrej jakości (choć mijam 2 razy roboty drogowe, czekam na światłach, ruch jednokierunkowy), fale obijają się o klif po prawej stronie. Dopóki chronią mnie góry wiatr mi nie przeszkadza, jednak im bliżej mojego punktu zwrotnego tym ciężej. Docieram do małego skrzyżowania, kiedy droga 44 przecina o wiele mniejszą szutrówkę, czerwoną i kamienistą. Chowam się w cieniu drzew, jem zapasy.

Afrykańskie klimaty

Co zrobisz jak nic nie zrobisz – pedałuję pod wiatr, często robiąc przerwy ze zmęczenia. Niekiedy oceaniczny wiatr spowalnia mnie prawie do zera. Cola w barze, miasteczka świecą pustkami. Domy wypoczynkowe, w których nie widać życia. Mijam na drodze murzynów – robotników wracających z pracy na pieszo lub w kolorowych minibusach.

Powoli zbliżam się do Betty’s Bay. Widzę, że na górze otaczającej Somerset West zbiera się ciemna chmura. Wygląda to osobliwie, gdyż wszędzie świeci słońce, a wzgórze robi się coraz ciemniejsze. Gdy docieram do „mojego” skrzyżowania to góra jest kompletnie pochłonięta przez chmurę, jak we filmie katastroficznym.

Powrót do domu

Wieczorem zaczyna padać deszcz. Otwieram drzwi z niedowierzaniem, sytuację wykorzystuje rudy kocur. Bez zastanowienia wskakuje na łóżko. Ach, no tak, ma całe brudne łapki, a pościel biała…

Przełaje i koncert

2018/02/10

Rower z Mandy. Budzę się o 5 rano, tym razem nie popełniam błędu sprzed kilku dni (zaspałem, ale koniec końców na miejscu pojawiłem się przed omówionym czasem, czemu to tak przeżywam?). Wychodzę ospale, koło stacji uzbierała się znaczna grupa ludzi. Kupuję szybko bilet na ścieżki MTB w hotelu Lord Charles i wracam do Mandy. Z nami zabiera się jeszcze jej koleżanka. Nie wiem czego się spodziewać, jestem bez aparatu.

Powoli wjeżdżamy na nieutwardzony teren, zaczynają się palmy i winnice. Wokół wszędzie góry, przepięknie. Mandy czasem schodzi z roweru na ostrzejszych zakrętach, ale ją rozumiem – czasem warto odpuścić. Spokojnie wjeżdżamy na szczyt górki, a potem zjeżdżamy singlem. Pod koniec zamieniamy się rowerami, przełaj jej się podoba, a ja na MTB czuje się, jakbym siedział na kanapie. Rozstajemy się po wspólnej kawie, do zobaczenia potem.

Szybki obiad i koncert.

Liceum Mandy i synchronizacja prawej nogi

Przejażdżka klasycznym Mercedesem z Mandy. W domu pakujemy krzesła i idziemy w czwórkę na koncert. Koncert? Bardziej piknik rodzinny ze stoiskami oferującymi kawę i hot dogi. Piwo czy inny alkohol we własnym zakresie. Rozstawiamy rzeczy, zaczynam rozmowę ze znajomymi Mandy, tak poznaję rodziców Paula. Co robi Paul? Uczy chińskie dzieci angielskiego przez Internet i jeździ na rowerze. Daje swój numer telefonu, aby się umówić jutro na wspólną jazdę. Shawn przynosi większe piwo niż 0.3L, zaczynamy rozmowy o polityce europejsko – afrykańskiej, prezydencie Zumie, czarnych imigrantach oraz islamistach w Polsce, których nikt nie lubi. W międzyczasie mijam się z Lucy, bardzo łakomie wyjadam ciasteczka z torby Mandy. Ale ona się tylko z tego cieszy. Zwijamy obóz i wracamy do domu. Częstują mnie afrykańską herbatą, trochę jeszcze rozmawiamy, głównie o Europie. Mandy przysypia, hej obudź się, wracamy!

Zachód z widokiem na Górę Stołową

2018/02/11

Ciężko wstać. Po wczorajszym koncercie, piwie i wieczornych rozmowach najchętniej poleżałbym dłużej w łóżku. Ale równo punkt 7 rano już jeżdżę z Mandy rowerem, tym razem w większej grupie. Ponownie single. Kilka odcinków jest identycznych, ale większość trasy jadę po raz pierwszy i to jest po prostu świetne. Zróżnicowany poziomy trudności nawierzchni daje mi ogrom frajdy.

Ciekawe, wypełnienie pierwszego dnia w Somerset West dętek „mlekiem” pomogło, gdyby nie ta operacja to złapałbym dwa kapcie i zabawa by się szybko skończyła. Po jeździe pijemy wspólnie kawę, rozmawiamy z jednym małżeństwem o mnie i o Tour de France.

Mariusz, jestem padnięta. W sumie ja też. Trzeba się zdrzemnąć, choć spania w dzień nigdy nie praktykowałem.

Mandy

O 5 po południu jedziemy do jej kolegi, który jakiś czas temu miał wypadek motocyklowy. Klinika jest bardzo ładna, czysta, zadbana. Każdy pacjent posiada osobny pokój. Cóż, samemu poszkodowanemu zajmie 2 lata zanim wróci do normalnego funkcjonowania. Bardzo fajna lekcja angielskiego, potoczna rozmowa z kompletnym nieznajomym.

 * * *

Plaża w Strand

Ściągamy buty w samochodzie, idziemy boso po ulicy do najbliższej lodziarni. Biorę małego loda, a Mandy wersję dla dzieci. Mój jest ogromny i mam problem z jedzeniem – za duży, rozpuszcza się w mgnieniu oka. Rozmawiamy o swoich przeżyciach i problemach, a za plecami powoli zachodzi słońce. Cudowny zachód! Chodzimy po kamieniach, wspinamy się po murze, robimy zdjęcia. Po długim dniu przychodzi czas na powiedzenie dobranoc.

Słabość

2018/02/12

Paul zadzwonił do mnie wczoraj podczas odwiedzin kolegi Mandy w klinice. Od rana czuję się dość słabo, w dodatku ten cholerny piasek w oczach po wczorajszym wieczorze. Spotykamy się po raz pierwszy na stacji BP. Po przywitaniu ruszamy w kierunku dużego podjazdu. Nieustannie pod wiatr, bardzo ciężko. Opróżniam bidon za bidonem. Będąc u podnóża decydujemy o powrocie, podmuchy są na tyle silne, że mogłoby dojść do tragicznego wypadku. Powrót już z wiatrem w plecy, kończą mi się biegi na kasecie. Podjeżdżamy dwa klasyczne, lokalne podjazdy, łącznie z hopką do byłego domu Michaela Schumachera z obrotową kopułą.

Wracam do mieszkania i umieram. Niedobrze ze mną, spędzam w toalecie sporo czasu. Czuję osłabienie i niemoc. Nawet nie chce mi się iść do sklepu po jedzenie Kładę się spać, nie mogę zasnąć. Wychodzę na ulicę, może zrobię krótki wywiad. No i spotykam Gabriela, uzależnionego od narkotyków żebraka z bogatej rodziny.

Gabriel

Nazywam się Gabriel, urodziłem się w Johannesburgu, od 10 lat mieszkam w Kapsztadzie. Moje życie zmieniło się w dżunglę przetrwania, dorabiam czasem pracą dorywczą. Raz wylądowałem we więzieniu za sprzedaż prochów. Kiedyś ukradłem laptopa z domu, ale rodzina mi to przebaczyła. Ta sytuacja zmieniła moje myślenie. Mieszkam z przyjaciółmi w drewnianym domku, przecieka nam dach, ale staramy się płacić czynsz. Ludzie tutaj na ulicy czasem mi dają jedzenie lub pieniądze. Wydaję je głównie na narkotyki, jeśli robię się naprawdę głodny to szukam jedzenia po śmietnikach. Chodzę do kościoła każdej niedzieli. Staram się już więcej nie kraść.

Bieganie w deszczu

2018/02/13

Siły wracają. Rano nie czuję pustki, znajduję siłę na zjedzenie śniadania. Wyruszam z entuzjazmem na spotkanie z Paulem. Tym razem trzymam jego koło niemal cały czas, jedynie odpuszczam na jednej z ostatnich hopek w drodze powrotnej. Odwiedzamy park natury, co okazało się zbawienne dla ciała – upał dochodzi do 40 stopni, rozpływam się. Zamawiam dwa zmrożone shake’i, jeden bananowy, drugi waniliowy. Przepyszne.

Paul

Wracamy, jutro Paul ma urodziny i chce wrócić na tę wielką górę, którą odpuściliśmy ze względu na szaleńczy wiatr.

* * *

Wieczorem biegam po ulicach Somerset West w deszczu. Doświadczam prawdziwie afrykańskiej burzy z piorunami w oddali.

Afrykańskie walentynki

2018/02/14

Spotkam się z Paulem dwie godziny wcześniej niż zazwyczaj, wielce zmotywowani pędzimy w kierunku Gordon’s Bay. Za pierwszy cel dnia obraliśmy szczyt koło pompowni. Znowu poruszam się po znajomych ulicach, ale wcześniej nie dostrzegłem małej uliczki wijącej się pięknie do góry. Nowy asfalt i widok na ocean, Kapsztad i góry wokół Somerset West. Pierwszy raz od dawna leci mi pot z czoła na ramę roweru, a jest poranek. Gdzieś na znaku naklejam naszego kota.

Urodziny Paula

Lecimy w dół. Paul łapie gumę, zdarza się, nakleja łatki. Przy pompowaniu dostrzegamy, że opona z jednej strony jest przycięta, a to kończy zabawę z rowerem. Paul dzwoni do mamy, aby po niego przyjechała. Powoli schodzimy w dół. Pożegnanie, wracam do mieszkania. Dzień, w którym już nic konstruktywnego nie przejadę. Jest południe, o 4 najpóźniej muszę być z powrotem, przebieram ciuchy, biorę Gombrowicza i jadę do pobliskiego parku poczytać.

* * *

Zbliża się 5:30, dostaję wiadomość od Mandy, że czeka w samochodzie pod domem. Zostawiam aparat w mieszkaniu. Jedziemy do pobliskiej restauracji na piwo. Biorę ciemne, gorzkie, Mandy normalnego lagera. Zamawiamy tylko o lokalne wyroby, kelner przynosi pizzę z kapsztadowym posmakiem. Pytam się co to jest kapsztadzki styl? A wiesz Mariusz, przyprawy i TEN smak.

Nawet nie środek dnia…

Rozmowa przeistacza się w żywą dyskusję, dowiaduję się o pobycie Mandy przez jeden rok w Korei Południowej. Pracowała tam jako nauczycielka angielskiego. Ponadto w końcu poznaję szczegóły aktualnej pracy w Kapsztadzie i kilka personalnych szczegółów.

Jak tu powiedzieć we walentynki „żegnaj Mandy, może kiedyś się znowu zobaczymy!”? Czy „kiedyś” w ogóle nastąpi?

Pijany kończę pisanie.

Komentarz do części drugiej

I znowu przenoszę odręczne notatki na ekran komputera… Drugi i ostatni tydzień w okolicach Kapsztadu minął na spędzaniu czasu z Mandy lub Paulem. Cieszyłem się z bliskości miasta i otaczających gór, ale miałem z tyłu głowy myśli o nieuchronnie zbliżającej się przeprowadzce na prawdziwą afrykańską wieś. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że wraz z nadejściem kolejnego czwartku moje życie towarzyskie ulegnie drastycznej zmianie. Jednak zanim to nastąpiło beztrosko jeździłem po okolicy, przegadałem mnóstwo godzin o Afryce i Europie, naszych różnicach i podobieństwach. Coraz bardziej docierało do mnie, że ta cała bieda najniższych warstw społecznych nie wynika  ze złej sytuacji ekonomicznej kraju (przecież to najbogatszy kraj Afryki), a po prostu z uzależnień i nieróbstwa. Wieś utwierdzi mnie w przekonaniach.

Szukanie cienia w 40 stopniowym upale

Weszliśmy któregoś razu z Mandy do sklepu, załatwiała przepustkę do klubu, nagle przeszedł koło nas chłopak z kostką Rubika. Spytałem się czy mogę ją ułożyć, dzieciak tylko się zaśmiał i z zadowoleniem oddał w moje ręce magiczny sześcian. Ułożyłem w trochę ponad 30 sekund co wprawiło w osłupienie jego mamę, sprzedawców jak i samą Mandy. Mariusz, dawaj jeszcze raz, już ci mieszam, nagram filmik! W ten oto sposób zostałem afrykańskim mistrzem rozwiązywania łamigłówek.

Miejsca zwiedzone pieszo lub rowerem