W pogoni za szczęściem!

Gran Canaria

2017 rok był znakomity. W najśmielszych snach nie oczekiwałam, że spełnią się moje marzenia. Z uciułanych pieniążków udało mi się kupić porządny stół do masażu, a we wakacje zapłacić za kurs prawa jazdy i zdać je za pierwszym podejściem. Do tej pory nie mam pojęcia jakim cudem to zrobiłam 😀  Powinni mi je zabrać tego samego dnia, kiedy pokracznie zaparkowałam auto na pół podwórka ^^
Obydwie sesje zdałam bez poprawek. W nagrodę od Mariusza dostałam szosę. Dokładnie 24 kwietnia w sklepie Gołego przelewał się szampan. Jaka to była radość! Dziękuję brat <3
Pierwsza jazda na Rozpuście przypadła w ukochanych Karkonoszach. Ochrzciłam ją ponad dwoma tysiącami metrów w pionie. Po raz kolejny pokonałam również Przełęcz Karkonoską. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, ale na szczycie poznałam największą miłość mojego życia.

Pod koniec maja napisałam maturę z hiszpańskiego. Warto być samoukiem :). Wywalczyłam też 3 miejsce na wyścigu w Bydgoszczy organizowanego przez Sylwestra Szmyda dzięki taktyce Przemasa 😀 Nie żeby to były jakieś szczególne osiągnięcia, ale zrealizowałam swoje cele 🙂

W czerwcu przeprowadziłam się do domu, by zaraz potem wyjechać na wakacje w Tatry. Dowiedziałam się co to znaczy podjeżdżać krótkie sztajfy, przekroczyłam granicę ze Słowacją i zrobiłam sobie zdjęcie na rowerku wbudowanym w skałę. Ale wszystko to jest mało istotne.
Bo te 10 dni w Zakopanem miały sens tylko dzięki Maciejowi. W sumie ani nie potrzebowaliśmy wypuszczać się tak daleko, ani rowerów, ani super widoków. Cały czas byliśmy wpatrzeni tylko w siebie, zakochani.

A kiedy myślałam, że laby się już skończyły… trafiliśmy z namiotem w Beskidy!
Kocurkową ekipą spędziliśmy u Mateusza na Kańczudze wspaniały czas! Rano budziły nas kurczaki, potem w promieniach słoneczka odkrywaliśmy nowe szlaki, a wieczorem usypiała nas do snu whisky.

W październiku ponownie udało się wyhaczyć atrakcyjną ofertę mieszkaniową. Przeprowadziłam się piąty raz w życiu i zaczęłam 3 rok fizjoterapii. Kolejnym sukcesem było wyleczenie się z anemii, dzięki czemu mogłam potrzebującym oddać swoją krew.

Grudzień! Wisienka na torcie! 😀
Pewnej soboty, kiedy beztrosko odpoczywaliśmy sobie z Maciejem zadzwonił telefon. W słuchawce Mariusz: bilety na Gran Canarię w święta za 6 stów w dwie strony, wchodzicie w to?
Bez większego zastanowienia odpowiedź brzmiała: TAK!!!

Ekscytacja wypadem rosła z dnia na dzień! Nie przejmowałam się zbytnio moim biednym studenckim kontem w banku, czy kompletnym brakiem formy. Chciałam tam już być!!!
Szlifowanie hiszpańskiego na wykładach sprawiało mi czystą frajdę. Z kolei do poduszki przeglądałam zdjęcia wyspy na guglach.

Aż w końcu… zaczęłam się wzbijać w powietrze!!! Śmiałam się na cały samolot, chyba ze stresu. Lądowanie przebiegło lepiej, Mario dał mi dwie czekolady na uspokojenie XD
Na miejscu wszystko co zobaczyłam kochałam od razu. Ludzi, palmy, dziury w chodniku, trawę, niebo, chmury, budynki. Kochałam każdy moment na tej wyspie. Gdziekolwiek byłam, cokolwiek widziałam, jadłam.. byłam najszczęśliwszą osobą na świecie! Na rowerze czułam energię, jazdą mogłam się cieszyć na nowo. Co zakręt był coraz lepszy widok, zapierało mi dech w piersiach. Na zjazdach myślałam, że umrę. Pico de Las Nieves podbiło moje serce. Tak samo zachód słońca z widokiem na Teneryfę.
Każdy dzień wykorzystaliśmy na 200%. Nie mogło być lepiej!

Na Gran Canarii miało też miejsce jedno z najważniejszych wydarzeń w moim życiu.
Maciej poprosił mnie o rękę. Wiedziałam, że się zgodzę już w maju 🙂

Tak samo jak wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia, tak samo wierzę w marzenia. Każde prędzej czy później się spełnia! No ale czasami szczęściu trzeba trochę pomóc 😛

Więcej zdjęć z Gran Canarii wrzuci Mario 🙂

Jestem wdzięczna za 2017!
Gdyby tylko mój Ukochany Przyjaciel był ze mną…