Pingwinowy Londyn

Końcówka października

Wybiegam z samochodu, ciało odczuwa świeżo przejechane dwieście pięćdziesiąt kilometrów. Mam mniej niż 3 minuty na wbiegnięcie po schodach do domu bez potknięcia i obalenia się na twarz, wejście do pokoju, ściągnięcie bluzy, przeszukanie szafy, znalezienie koszuli, odnalezienie biletów, sprawdzenia wszystkiego jeszcze raz i zbiegnięcie z powrotem. Gdzieś w międzyczasie zauważam położoną specjalnie dla mnie przesyłkę od kuriera, zabieram również ją ze sobą. I duży nóż, nie będę rozrywał taśmy moimi krzywymi zębami.

Podczas jazdy do Torunia rozcinam brzegi opakowania i wyjmuję Kronosa w wydaniu faksymilowym. Prześliczne wydanie, ogromne i pięknie wydrukowane rękopisy Witolda. Drugiego Kronosa w mojej kolekcji posiadam w wydaniu z twardą okładką i czarno – białymi zdjęciami z życia, miejsc, zdarzeń. Ledwo rozpakowane rękopisy można pomylić z oryginałami, jestem przemiło zaskoczony.

Parkuję samochód w garażu podziemnym na Jordankach. Czekam na informację o dotarciu do Torunia od Kingi, zatem bez pośpiechu zmierzam w kierunku moich ulubionych ochroniarzy na ciepłą herbatkę i miłe rozmowy. Hej Mariusz, pokaż zdjęcia z tej Anglii, bo ktoś widział i mówił, że fajne. Hej Mariusz, a do Kapsztadu to kiedy? Na ile? Chwila, chwila, ILE? Mija pół godziny, siostra zbliża się do Torunia. Ubieram kurtkę zimową i mijam przypadkowych ludzi podczas drogi na PKP. Na taki mały spacerek odpalanie samochodu byłoby prawdziwym nonsensem.

Chodź, zostawisz plecak i płaszcz na fotelu. W międzyczasie zabieram laptopa z górskimi zdjęciami od Karoliny i zbiegamy po schodach do samochodu. Zobacz, jakie śliczne wydanie Kronosa.

Prześliczne, prześliczne, prześliczne.

Stoimy na środku miejsca parkingowego pod lampą, aby cokolwiek widzieć – kompletnie nie zauważamy, że pan od minuty czeka aż przesuniemy się dalej, bo chce tutaj wjechać… Z uśmiechem mówi, że nic się nie stało, przecież książka najważniejsza, a do koncertu jeszcze prawie godzina.

Nic mówię, idziemy. Bilety w kieszeń, po schodach do góry, 5 sekund w deszczu po wyjściu z parkingu i już jesteśmy na głównym Foyer. Chwila Kinga, a bilety? Podchodzimy jeszcze raz do wejścia i pokazuję wejściówki: Mariusz, ty na serio? Po co ci bilety? A bo raz na rok jak normalny człowiek z papierem w ręku wejdę na koncert…

10 minut przed rozpoczęciem pojawia się Ewelina z Patrykiem, którzy zarezerwowali siedzenia przed nami. Chwilę rozmawiamy o głupotach, przygaszają światła, wchodzi pani zapowiadająca program,  by omówić historyczne tło dzisiejszego wieczoru. No dobrze, niech będą te kantaty toruńskie. Cokolwiek i jakiekolwiek by to było.

Skończyło się, Patryk ze skrzywioną miną spojrzał się na mnie, odpowiedziałem tym samym. Requiem Mozarta. W końcu są! Cały chór, toruńska orkiestra i czterech wokalistów. Gwóźdź programu czas rozpocząć!

Piękna muzyka, ale na koniec byłem zmieszany. Requiem znam jedynie z cudownego nagrania Dunedin Consort.  To co usłyszałem było świetne, ale nie na światowym poziomie. Porównywanie wykonania na żywo toruńskich muzyków do Szkotów nie ma najmniejszego sensu, bo to “tylko” nagranie… Nie wiem. Są koncerty, które wspominam miesiącami, o tym niemal zapomniałem dwa dni później.

Dzień, dwa przed wylotem

Oba wydania Kronosa pochłaniam równocześnie, idealnie się uzupełniają. Próby rozszyfrowania pisma Gombrowicza i czytanie w oryginale jest dość żmudne, ale daje nieskończone pokłady radości. Skończyła mi się herbata, zatem stawiam nogi na dywanie i idę do kuchni. Zaraz. Nie, nie idę do kuchni – czuję pod stopami wilgoć. Uszkodził się grzejnik, przecieka woda…

Dlaczego dziś? I tak jestem lekko zdołowany stratą kocurka (wyszedł i już nie wrócił…), a na dodatek delikatny przeciek, jakiś minimalny otwór na łączeniu żeberek. Organizuję pojemnik, późny wieczór, nie będę nic cudował z instalacją, domownicy powoli kładą się spać. Nastawiam budzik, aby co godzinę wstawać i wylewać uzbieraną wodę. Noc nieprzespana.

Grzejnik zreperował mi dziadek kolejnego dnia, aczkolwiek muszę pomyśleć nad nowym.

Pingwinowy Londyn

Teoretycznie wszystko idzie zgodnie z planem. Dojechałem na lotnisko, zaparkowałem samochód, pobrałem bilet z kasy parkingowej, przeszedłem przez kontrolę bez problemu i… zbija mnie z nóg informacja: lot opóźniony o 40 minut. Po 20 minutach lot opóźniony o 55 minut. Trzecia informacja oznajmiła, że wylatuję o 22:55, przecudownie… Bilet do Victorii jest ważny jedynie do 60 minut od rezerwacji. Nie wyrzucam wydruku do kosza, zamierzam go zareklamować albo poprosić kierowcę, aby zrobił wyjątek – pewnie pół samolotu ma identyczną sytuację, jak nie większość.

W końcu siedzę na swoim miejscu, reguluję i zapinam pas do startu. Nie rozpinam go po wzbiciu się w powietrze… Zasnąłem oczywiście, śpię wszędzie i w każdej pozycji.

Stansed… Stansed… JAKIE STANSED? Budzę się 15 minut przed lądowaniem, czy ja usłyszałem Stansed czy to tylko moje urojenia? Pytam się typa obok o co chodzi – spałem – nic nie wiem – wytłumacz pan. A on mi ze spokojem odpowiada: jest już po północy czasu angielskiego, a Luton pracuje jedynie do północy. Musimy lądować na Stansed.

Nie pamiętam kiedy ostatni raz zakryłem twarz rękami w przypływie niemocy. Wszystko w ostatnich dniach pod górkę.

Wylądowałem, kolejny raz azjatycka krew przekracza granicę innego państwa na polskim dowodzie. Za każdym razem bawi mnie “to zdziwienie” straży granicznej, czy w Polsce, czy gdzieś tam. Nieważne.

Stansedowy National Express bilet z Lutona ma w głębokim poważaniu, nie pozostaje mi nic jak wydać 12 funtów na dojazd do centrum. Środek nocy, oglądam i rozpoznaję podświetlone budynki, w tym czerwone Londyńskie Oko. Wysiadam i po chwili orientacji w terenie muszę przyznać się do popełnionej głupoty – stałem niemal obok autobusu, którym miałem jechać. Czekam kolejne minuty na następny.

Trzy przesiadki. Plus podróżowania po Londynie o 4 rano jest taki, że wszystko dojeżdża na czas. Minutowe różnice z rozkładami i Internetem.  Śmieszna sytuacja: wsiadam do dwóch autobusów, nie mam Oystera, przecież nie kupię karty 8 godzin po zakończeniu pracy pani w okienku turystycznym. Pytam się czy mogę zapłacić Mastercardem, a Murzynka macha ręką i z nonszalancją odpowiada, żebym nie zawracał głowy głupotami. Dojechałem za darmo.

Pingwin otwiera mi drzwi po 5 rano do domu. Przywitałem się, położyłem na podłodze i zasnąłem. Spałem do godziny 9-tej.

Obudziłem się będąc rozbitym na kawałki. Patrycja wcześniej poszła do pracy, musiałem zorganizować dzień samemu. Na szczęście zostawiła kilka karteczek z instrukcjami: co gdzie jest i jak przetrwać pierwszą godzinę będąc w kompletnie nieznanym miejscu (rano zobaczyłem jak wygląda pokój, jedynie co pamiętam to ciemność i ogromnego kota, który wbiegł razem z naszym wejściem) i w innym czasie (dopiero przestawiłem zegarek). Chyba kiedyś po koncercie było identycznie – obudziłem się w poznańskim akademiku z karteczkami obok łóżka.

Angielski chleb, angielski krem i angielska herbata na śniadanie. Przypomina mi się Kendal. Spodnie, pasek, koszulka, sweter, kurtka, buty i w drogę.

Jedziemy z Sandrą pociągiem do centrum (a właśnie, bo przecież poleciałem z Sandrą), mijamy elektrownię Battersea. Nigdy się tym budynkiem nie interesowałem, po prostu wiedziałem, że jest na okładce Animals, nic więcej. Pierwsze zaskoczenie dnia.

Wysiadam z pociągu, kieruję się do Big Bena. A Big Ben opakowany, w remoncie, nie widać nic… Bywa, przepiękny pałac po prawej, Londyńskie Oko po lewej stronie mostu. Dołącza się kuzyn Sandry, Tomek. A ja chodzę i robię zdjęcia.

Podczas całodniowego marszu odwiedzam mnóstwo ciekawych rzeczy, na przykład Hyde Park, Pałac Buckingham czy Royal Albert Hall. Z racji obchodów zakończenia I Wojny Światowej ulica przy sali koncertowej jest zamknięta (ale dostępna dla przechodniów). Po obu stronach policja ustawiła masywne barykady, zewsząd otaczają mnie policjanci, tajniacy, wozy z monitoringiem. Schiza na tle ataków trwa w najlepsze.

Wracam do domu Alberta i Patrycji bez większych ekscesów. Wziąłem prysznic, wchodzę do pokoju, a tu już wszyscy są. Pochłaniamy coś na szybko i siadamy, aby wspólnie porozmawiać.

Pingwin opowiada o wycieczce na Islandię przez prawie godzinę. Problemy na lotnisku, wylot po 3 dniach od planowej daty, spanie w namiocie, przemieszczanie się na stopa, chowanie głowy w kolana, gdy z naprzeciwka nadjeżdżał samochód ciężarowy, odpryski kamieni powodujące pajęczyny na przednich szybkach samochodów, woda z lodowców, dzika przyroda, gejzery i magmowe, czarne plaże. I turyści, pełno turystów z całego świata.

Zaczynają się rozmowy o Wenecji i Francji, ale powoli robię się rozkojarzony. Idziemy wszyscy spać, chcemy wstać o siódmej.

No i wstajemy. Rodzi mi się pierwsza myśl w głowie: budzę się równocześnie z Pingwinem, mamy obejść pół Londynu, potem pojadę na lotnisko, wsiądę do samochodu i zasnę w swoim łóżku o którejś tam w poniedziałek. Szaleństwo! To równie abstrakcyjne jak obudzenie się o 5 rano z Kate w jakiś ciepły sierpniowy poranek, przebranie się w strój kąpielowy, wskoczenie do basenu 50 minut później, wygłupy podczas pluskania, szybki prysznic, założenie stroju rowerowego i przejechanie rowerem na luzie 350 kilometrów w ciągu dnia z Kingą i Kendim ze średnią 30 km na godzinę.

Patrycja mówi: Kto rano wstaje robi zdjęcia w Sky Garden. Rzeczywiście! Jeśli chce się tam dostać trzeba rezerwować miejsce dwa tygodnie wcześniej, a my weszliśmy tak po prostu… Szybka kontrola rzeczy i ciała niczym na lotniskowej bramce, winda, a w niej przycisk: 35 piętro. Szyyybciutko płyniemy pionowo do góry i widzimy pierwsze palmy.

Śmiechowe miejsce. Londyn roztacza się dosłownie z każdej strony, gdziekolwiek się spojrzy widzi się zminiaturyzowane budynki, budyneczki, biurowce, wieżowce, kościoły, katedry, dosłownie wszystko. Tam Tower Bridge, tam The Shard (jeden z najwyższych budynków w Europie), tam Oko, tam tamto…

Już 35 pięter niżej chodzimy po innych ciekawostkach: lodowisko, stragany, Soho z jej klubami LGBT, katedry, sklepy z pamiątkami, sklepy z panem, który otwiera drzwi, lodowisko, Legoland, M&M-sy oraz Chinatown. Weszliśmy do małego sklepiku, w którym kupujemy bułki nadziewane… no czym się chce. Biorę kurczaka curry oraz słodką wołowinę. Siadamy na ławce i jemy główny posiłek dnia.

W międzyczasie Pingwin się pyta co planuję na teraz. Odpowiadam, że Afryka, prawie 1,5 miesiąca w Afryce. Pierwsze lądowanie w grudniu, potem na chwilę wracam, lecę do Dubaju, a stamtąd na drugi koniec świata, czyli Przylądek Dobrej Nadziei z afrykańskimi pingwinami na złotych plażach. O ile wrócę cały i zdrowy (i bez dziesięciu małych Murzyniątek u boku, z czego śmieje się Kinga) to zamierzam skończyć dwa biurowce we Warszawie i znaleźć się na Wyspach Owczych. Patrycja mówi o Tajwanie – to jej kolejny cel, ze względu na przyrodę i hopki rowerowe. Cudownie!

I konwersacja miesiąca:

– Mariusz, a wiesz, że żyją ludzie, którzy nie wiedzą, że teraz w Australii jest lato?
– Haha, no jeśli chcą wierzyć w płaską Ziemię to proszę bardzo, tak samo jak czasem ludzie nie przyjmują do świadomości, że w Azji normalnie jedzą koty i psy.
– O nie! To okropne! Ja w to nie wierzę! To już chyba wolę być w grupie ludzi, którzy myślą, że w Australii jest też zimno…

Koniec końców wracam do pokoju umęczony. W poniedziałkową noc śpię dwie godziny, niedzielne wrażenia i samolot powrotny zrobiły swoje. We wtorek po zjedzeniu obiadu spałem jak niemowlak, aż do dźwięku budzika o 6 rano w środę.

Patrycja i Albert: dziękuję za przyjęcie. Dziękuję za rogaliki, opowieści, historie i śmiechy.

Kinga: How I wish, how I wish you were here

A cała wycieczka kojarzy mi się z “najbardziej angielską rzeczą na YT”: