Lake District

Dookoła krainy jezior spowitej górami

Kendal Hostel

Pomimo otwarcia oczu zewsząd otacza mnie przenikliwy mrok. Przecieram je ręką, ubieram spodenki, schodzę po wąskich i skrzypiących schodach do kuchni. Nastawiam piekarnik, otwieram lodówkę, biorę moje przygotowane do wypieczenia bagietki i zamykam je wewnątrz urządzenia nastawionego na 200 stopni. Gapię się podczas picia kawy w trójwymiarową makietę Lake District. Wyjmuję świeże i gorące pieczywo, naturalne angielskie masło i szynkę. Jem w samotności, przecież jest chwilę po czwartej. Podczas mycia naczyń obserwuję jedną z głównych ulic w Kendal przez okno, będzie dziś piękna pogoda. Uśmiecham się w zadowoleniu.

Na drugim łóżku położyłem obok siebie, od lewej do prawej: kombinezon, bluzę i skarpety, kask i okulary, zestaw naprawczy, aparat i jedzenie. Buty leżą przed łóżkiem.

Jestem gotowy na objechanie Lake District!

Kirkstone Pass

Podążam z Kendal, czyli wjeżdżam na przełęcz od strony południowej. Wersja najbardziej łagodna, co nie znaczy, że wjazd jest łatwy. Wąska droga otoczona kamiennym murem prowadzi na sam szczyt najczęściej w towarzystwie chmury. Na asfalt wskakują owce, niektóre z czerwonym oznaczeniem, niektóre z niebieskim. Po co malować farbą krzyże lub kółka na owcach? Jest ich tak dużo, że to jedyny osób, aby w jednoznaczny sposób odróżnić stada gospodarzy. Na prawym, przeciwległym pasie mijam śpiące owce z małymi. Niekiedy wyprzedzają mnie samochody, zatem muszą czekać aż przejadę, aby w spokoju wyminąć śpiące zwierzątka.

Im wyżej tym więcej słońca, o jak miło. Od dwóch godzin jechałem w 7-8 stopniach, przyjemnie poczuć ciepło od promieni słonecznych. Mimo wszystko wiem, że powyżej 15 stopni zrobi się dopiero po 12-stej, jeszcze sporo kilometrów.

Chmury osadziły się na szczycie przełęczy, przepiękny widok. Powietrze jest tak czyste, nie ma mgły, The Struggle odsłania swój majestat i każdy zakręt. Dłonie mam chłodne, a czeka mnie -25 procetowy zjazd. Zachodnia część przełęczy jest szalenie niebezpieczna, przynajmniej w kwestii zjazdów – wąsko, stromo i atakują mnie ostre zakręty z budynkami, na których nie chcę zostawić zębów. Hamulce tarczowe to zbawienie, jednak opony mają tendencję do ślizgania po nawierzchni się pomimo zablokowania hamulców na amen.

Red Bank Climb

Odbijam w drogę, której jeszcze nie odwiedziłem, jak zapewne większość przyjezdnych rowerzystów. Okolice, które sprawiły, że kolana uginały mi się od zachwytu, ponieważ maksymalne 24-25% nachylenia pod górkę kompletnie nie robi wrażenia w Krainie Jezior. W pewnym momencie nie wytrzymuję, zsiadam z roweru. I zwyczajnie… zaczynam sikać. Uczucie przypływającej lekkości i przytłaczająca zieloność współgra ze sobą. Spokój… Jasny gwint! Jakim cudem ktoś wychodzi zza zakrętu z aparatem w dłoni? Już jadąc na rowerze mijamy się i wymieniamy szczere uśmiechy.

Wrynose and Hardknott Passes

Podobno jedna z najbardziej niebezpiecznych i najtrudniejszych dróg na Starym Kontynencie. Poprę to treściwymi przykładami.

  • Wesoło pedałuję mając szczyt w zasięgu wzroku. Nachylenie normalne, czyli pomiędzy 20 a 30 procent. Z prawej strony próbuje mnie wyminąć motor, jednak nieznajomy człowiek za mocno naciska manetkę i podnosi mu się przednie koło. W efekcie motor zawiesza się idealnie w połowie na krawędzi asfaltu, a trawiastym spadem w dół.
  • Droga jest bardzo wąska, nie ważne czy przed, w trakcie czy po morderczym podjeździe. Samochody, aby się minąć są zobligowane do ustępowania pierwszeństwa samemu stając w zatoczce. Niestety, znalazła się osoba, która ofiarnie wjeżdża w kałużę, by przepuścić samochody z naprzeciwka. Jest to początek końca rodzinnego samochodu, ponieważ pozornie niegroźna kałuża okazuje się być sporą wyrwą, z której nie mogą wyjechać.
  • Zjeżdżając nie przekraczam 10 km na godzinę. Na 30 procentach wyrzuca mnie przed kierownicę, dupę trzymam daleko za siodełkiem. Hamulce czerwone, tarcze rozgrzane, nadgarstki bolą, a najczęściej jeszcze mam w dodatku zimne dłonie. Opony nie słuchają się i ślizgają się do przodu, gdy oczy mają przed sobą urwisko.
  • Pomimo tych niedogodności nic nie zastąpi wrażeń z podjechania tych dwóch przełęczy. To było moje spełnienie marzeń. Jedni mają w głowie Stelvio, inni Teide, ja Hardknotta. Pewnego wieczora wracam do Kendal, słońce powoli schyla się ku zachodowi. Mija mnie piękny kabriolet z naprzeciwka, machamy sobie nawzajem i krzycząc życzymy sobie dobrej drogi. Niesamowite miejsce.

Dziś pokonuję Wrynose raz i Hardknotta dwa razy, co samo w sobie wydaje się być szaleństwem. Siedząc na szczycie i zajadając się upieczoną bagietką z wczesnego ranka podjeżdża do mnie pani samochodem i gratuluje wjazdu. Obserwowała mnie przez większość wspinaczki i jest pod wrażeniem. Normalność, tu każdy każdemu gratuluje wejścia lub wjechania na szczyt. Krzyki, gesty ręką, kciuki w górę przez szyberdach, dowolnie!

Wasdale Head

Przyjeżdżam tutaj pierwszy raz nie wiedząc kompletnie co mnie może spotkać. Początkowo krajobraz nie zwiastuje niczego szczególnego – pagórki i wszędzie zielono. Jednak, gdy dojeżdżam do pierwszych jezior… Zatracam się. Podziwiam dziwne formy skalne, raz czarne, raz tak soczyście zielone jednocześnie jadąc i… no właśnie. Przystanek za przystankiem. Większości rzeczy nie mogę zmieścić w kadrze. Wspinam się na jakieś zbocze jednocześnie unikając podmokłej trawy i błota. Uff… Stąd jeszcze lepiej wszystko widać.

Droga, koło niej co chwila zaparkowany samochód, ludzie wyjmujący krzesełka i leżaki z bagażników. Widok rowerzysty nieco zakłóca sielankowy spokój ferajny. Dojeżdżam do końca drogi, znajduje się tutaj gospoda o takiej samej nazwie jak tytuł podrozdziału. Zdjęcie i wracam się jeszcze raz podziwiając naturę dookoła…

Irish Sea

Może nie dojeżdżam do samej linii brzegowej, ale mam w zasięgu wzroku morze, a na horyzoncie… Wyspę Man! Pogoda jest tak dobra, że doskonale widzę zarysy, a gdzieś po prawej stronie wiatraki… Ale gdzie one stoją? W morzu? Nie znam odpowiedzi na to pytanie… Gdzieś w małym miasteczku zatrzymuje się na gorącą herbatę. Miły pan pyta się: Czajniczek czy duży kubek? Nie rozumiem, można jeszcze raz? Herbata ma być podana w czajniku stołowym czy w dużym kubku (i tu pokazuje mi takie cudo). Kubek, poproszę kubek.

Duży kubek? To nie jest wcale “mug”!

Same wybrzeże odwiedzam kilkukrotnie. Pierwszy raz dojeżdżam do miejscowości Seascale, by odkryć plażę podczas odpływu. Pod molo nie mam fal ani wody, tylko piach z kolorowymi kamykami. I ten zapach, tak odmienny od naszego Bałtyku.

Innego razu odwiedzam wyspę Roa, na którą prowadzi prosta droga (co nie znaczy, że płaska) wzdłuż linii brzegowej. Przed wjazdem spotykam kompletnie pordzewiały statek, obawiam się, że zapomniany przez świat od wielu lat. Będąc na drugim końcu okrągłej wyspy wszedłem w dół molo, które prowadziło… do morskich głębin. A w oddali wyspa Piel z niedostępnym zamkiem, a raczej pewnie jego ruinami.

By dostać się na wyspę Walney trzeba jeszcze dostąpić zaszczytu obcowania z wyspą Barrow. Mijam ogromny, naprawdę ogromny magazyn, hangar, cokolwiek, nie wiem… Przejeżdżam przez most i jestem na dziwacznym tworze. Na północy znajduje się rezerwat i mini lotnisko, w głębi podążam gładkim asfaltem, omijając owcze bobki, ku południu. Tu droga się kończy wraz z początkiem drugiego rezerwatu. Jem czekoladę popijając sokiem pomarańczowym i podejmuję decyzję o powrocie.

Whinlatter and Newlands passes

Odbijam z najbardziej wysuniętego punktu na zachodzie ku północy. Podjeżdżam przełęcz Whinlatter, by powoli, powoli docierać do… najbardziej zielonego miejsca w Krainie Jezior!

Dosłownie! Ilość koloru zielonego jest przytłaczająca, z czego najpewniej jest zadowolony mój rowerek. Krajobraz dzieli się na dwie płaszczyzny – zieleń i niebieskość, ta druga niekiedy podziurawiona białymi obłokami.

Zatrzymuję się na szczycie, ściągam kask, wyciągam czekoladę. Przede mną starszy pan prowadzi rower pod górkę, gdzieś po lewej stronie samotna pani siedzi na zboczu przełęczy ciesząc się słońcem. Po drugiej stronie obserwuję wodospad, na jednym ze zdjęć można zobaczyć malutkich ludzi z kapiącą wodą obok nich… Podjeżdża do mnie para rowerzystów, wymieniamy się pozdrowieniami. Ruszają dalej, a ja wpadam na genialny pomysł zrobienia sobie samojebki.

Czekolada podładowała akumulatory, jeszcze kilka stromizn przede mną i niezliczona ilość jezior pomiędzy nimi.

Honister Pass

Przejechanie tej przełęczy z dwóch stron dostarcza niezliczonej ilości zachwytów. Tak, to z pewnością. Robiąc zdjęcia na tarasie widokowym zauważam, że wiele osób maszeruje jeszcze do góry, jedną z bocznych uliczek. Gdybym wiedział, że mam do przejechania trochę mniej niż prawie 300 kilometrów to bym w nią uderzył… W tym momencie zdecydowanie więcej radości sprawia mi szukanie takiego miejsca na parkingu, aby móc uchwycić chociaż część przełęczy na fotografii!

Lake District

Wieczorem wracam do Kendal przełęczą Kirkstone, ale od trzeciej, ostatniej strony. Wszedłem do gospody na szczycie, pan za barem pyta się jak tam mija dzień. Odpowiadam, że wszystko jest tak jak zaplanowałem: szaleństwo do kwadratu. Prawie 300 kilometrów (przelicz sobie pan na mile), sześć kilometrów w górę, wszystkie te piękne miejsca odwiedzone…

Wybrałem rożka oraz puszkę Coli. Niech będzie po kolarsku. Siadam na krawędzi, trzęsę się z zimna pomimo założonej bluzy. Jeszcze ten lód i zimny napój. Nic to, przecież podziwiam zachód słońca w moim Lake District w środku cudownego lata!