Kańczuga to miłość

Piątek

Kinga! Maciej! Zbierajcie graty, załatwiłem ogromny samochód! Na pace zmieścimy z 50 rowerów! Pojedziemy sobie na kilka dni do Mateusza. Kendi, tylko nie zapomnij wypisać urlopu, bo wracamy we wtorek! Towarzystwo nie ma wyboru. To znaczy… może odmówić podróży, lecz spędzanie czasu w domu zamiast w górach ich (na szczęście!) nie interesuje. Identyczna sytuacja powtórzyła się tydzień temu podczas planowania grudniowego wyjazdu.

Czasem odnoszę wrażenie, że układam niechcący komuś życie.

Nic to! Wracam z Warszawy przecież i słucham Aurory! Na dworcu PKP czeka na mnie Marcin i Maciej w samochodzie. Odwożę kolegę do jego domu życząc mu miłego wypoczynku. Tymczasem zawracam i kieruję się z Maćkiem do Kingi oczekującej na przepakunek walizek podróżnych. Wchodzę do swoich czterech kątów, rzucam walizkę na podłogę, otwieram i bez chwili zastanowienia całą zawartość przerzucam do kosza na pranie. Pustostan nie trwa dłużej niż 15 sekund, gdyż od razu ładuję kilka normalnych ubrań i kolarskie kombinezony. Jem coś na szybko. Piję coś na szybko. Z ekipą sprawnie opróżniamy Transportera z drabin i 50 metrowych przedłużaczy. Pożegnanie z domownikami i jedziemy!

Tak, to kolejny raz, kiedy byłem w swoim pokoju, aby tylko wymienić we walizce brudne ciuchy na czyste…

Nic to! Jedziemy przecież! Po prawej stronie autostrady w oddali obserwujemy deszcz piorunów, jednak rock’n’roll zagłusza grzmoty. Nagle zrywa się potężna ściana wiatru, wykręca mi kierownicę na lewą stronę! Wszystkie samochody zwolniły do 90-100 km/h, więcej oznaczałoby podjęcie ryzyka wywrotki na lewy bok… Może osobówki tego tak nie odczuwały jak nasz dostawczak… Na przeciwległym torze ruchu kilku(nasto?) kilometrowy korek. Widocznie jakiś mistrz kierownicy przedobrzył i wszyscy jak jeden mąż stali w gigantycznej dwupasmowej kolejce. W okolicy aglomeracji śląskiej zaczynam odczuwać senność. Zatrzymuję się i mówię: Kendi prowadź ten parowóz! Na Kańczugę! A ja spróbuję się zdrzemnąć… Tablice zlewają mi się w jedność, rozpoznaję Tychy, zasypiam, otwieram jedno oko, Bielsko Biała, Oświęcim…

Sobota

Jesteśmy! Środek nocy, godzina druga na tarczy zegara. Mateusz, jak poprzednio, zostawił włączone światło na zewnątrz, zatem w mroku nocy bezproblemowo rozpoznałem jego wesoły domek. Wchodzimy, krzyczę CZEŚĆ DEWIANCIE yyyyyymmm CZEŚĆ eeee (imię! Przypominaj sobie imię!!!) MAGDA! Luba Matiego pogrążona w półśnie coś tam odmachuje, ale my też jesteśmy padnięci. Wyciągamy pościel z paki samochodu, rzucamy się na “moje” łóżko i zasypiamy w trójkę.
Wstajemy równie zmarnowani, co kilka godzin wcześniej. Coś trzeba zjeść, coś trzeba kupić… Lidl do grubych zakupów, do spraw mięsnych podjechaliśmy do Delfinka. Ludzie zszokowani, Mariuszek tak pięknie mówi dzień dobry, dziękuję i do widzenia. Niektórzy łamali prawa fizjonomii obracając głowę o 180 stopni. Takie atrakcje w Beskidach.

Obiad, a po jedzonku góra Żar. Tak! Najbliżej naszej miejscówki, równe trzydzieści kilometrów na sam szczyt. Dwa miesiące temu wybierając Rychebskie Ścieżki w Czechach pozbawiłem się atrakcji jeżdżenia po Małym Beskidzie, co z resztą zrobiłem umyślnie. Uciekałem przed polskim deszczem i zostawiłem nieodkryte tereny aż do ponownego odwiedzenia Mateusza… bo wiedziałem, że to nastąpi, prędzej czy później.

Nic to! Jedziemy! Zajeżdżamy na pierwszą tamę. Oho, w drodze powrotnej porobimy tutaj zdjęcia. Póki co góra czeka. Kręcimy ponownie, zajeżdżamy na drugą tamę. Oho, w drodze powrotnej… tak, tutaj również porobimy zdjęcia!

Zaczyna się siedmiokilometrowy podjazd. Śmieszki, głupoty. Widzimy, że z przodu coś się zaczyna turlać w naszą stronę. Hałas przeraźliwy. Ach, już wiemy! To ci kaskaderzy w trójkołowcach zjeżdżający dopóki im pozwala nachylenie drogi. Zbliżamy się do siebie, mijają nas, jeden po drugim. Tymczasem Kinga podkręca mocno tempo, szkoda, że jedynie na minutę (a może i mniej?). Po wyczerpaniu przez kurczaka wszystkich sił we trójkę, bez większego pośpiechu dojeżdżamy pod radiostację. Skąd do licha tylu lotników ze spadochronami? Ach, to musi być ichna baza startowa. W przerwie pomiędzy lotami w tandemie usiedliśmy sobie na zboczu góry, by porobić kilka zdjęć. Ej, czekajcie! Biorę furę, próbuję ujechać po trawie na jednym kole. Raz się wywracam – śmiech. Koniec tej zabawy, wracamy na kańczugową imprezę.

Wieczór spędzamy w sześcioosobowym towarzystwie. Rozmowy, szwedzki death metal, piwo, whisky i pilnowanie ognia!

Niedziela

Kolejny dzień wspólnego zwiedzania okolic. Dziś postanawiam (ktoś musi rządzić towarzystwem) objechać główne nachylenia w Beskidzie Śląskim. Pakujemy jednoślady na pakę samochodu, odpalam nawigację i w drogę! Zatrzymuję się w centrum Szczyrku, z parkingiem zero problemu, w sumie identycznie jak w czerwcu. Główna ulica komunikacyjna i jednocześnie pieszy deptak po jednej stronie, miejsce obok restauracji – nie mam obaw o blaszaka pozostawionego samotnie na cały dzień.

Mija kilka kilometrów i urządzamy pierwszą przerwę. Jeny, nie zrobiliśmy nawet pięciu kilometrów. Pięćset metrów dalej… znowu! Dwa – może trzy – kilometry i… ponownie odpoczynek! Przecieram oczy ze zdumienia. A niech to, wyciągam paczkę żelków i się nią smacznie zajadam.

Nic to! Jedziemy na dół! Piękny asfalt i pełno patelni, ostrożnie na ostrych zakrętach! Gdzie oni są? Dlaczego się tak dzieje? Nie mogą mnie dogonić, a mają 50 lub więcej zębów, a ja marne 38… Spotykamy się daleko na dole, gdzieś za tunelem. Teraz spokojnie, nie szarżujemy. Odbijamy w mniejszą uliczkę, aby w spokoju nacieszyć się górami.

Wodospad! Niby jest punkt widokowy, ale ta barierka śmierdzi głębokim PRL-em… Wszystko jakieś takie obskurne, takie brzydkie. W dodatku pluska nam błoto pod nogami. Ludzie się pchają pod obiektyw zasłaniając mi zakochańców. Może pójdziemy na górę? Jest kamienista skarpa, a zaraz obok popękane, ale jednak schody. Dla zabawy wspinam się po tych kamieniach, Kinga w ślad za mną czyni podobnie. Mówię, aby weszła schodami, bo coś wycuduje i sturla się w dół. Ha! Może do połowy łatwo było się wdrapać, ale byście musieli zobaczyć jak próbuje zejść z powrotem! Kupa śmiechu, jednak po krótkiej chwili oboje dołączają do mnie wchodząc na wzniesienie po ludzku.

Uciekamy od ulic pełnych ludzi do lasu. Natrafiamy na wąskie, kręte drogi z bardzo dobrą nawierzchnią. Mijamy zameczek, a chwilę później widzimy napisy: SAGAN, MAJKA, GOŁAŚ. Widocznie wybraliśmy kawałek z tegorocznej trasy Tour de Polonge. Gdzie teraz skręcamy… Dawajcie tutaj! I rzeczywiście jest idealnie: jedynymi przeszkodami na szalonym zjeździe są rynienki odprowadzające wodę, które – raz ciach! – przeskakuję jak porządny błotniak.

Zmieniamy okolice. Chcę pokazać dzieciaczkom Równicę, którą każdy się podnieca, chociaż nie wiem dlaczego. Ustalamy, że pojadę z Maćkiem naszym tempem, a wrócimy się po Kingę, ponieważ mija kolejna godzina, a ja nawet nie poczułem delikatnego zmęczenia. Czas… start! Jak nazwa sama podpowiada, pniemy się w górę identycznym tempem, nachylenie nie zmienia się aż do finałowych metrów. Na szczycie momentalnie robi mi się gorąco, pot leje mi się z czoła na ramę. Nie czas na widoki! Wracamy się po Kingę i wspólnie wdrapujemy się na ostanie kilometry Równicy. Na górze odpoczynek połączony ze zdjęciami.

To nie koniec beskidzkich ciekawostek! Specjalnie poprowadziłem trasę zahaczając o… może i nie najdłuższy podjazd, ale za to jaki! Zdjęcia nie oddają zmęczenia Kingi, nawet na najlżejszym przełożeniu stromizna jest dla niej nieznośna. Droga przeznaczona dla jednego pojazdu, samochody próbują jechać
zarówno od dołu jak i od góry, a Kinga wesoło kręci sobie wężykiem, lewa strona, prawa strona… i tak aż do szczytu, na którym zrobiliśmy sobie krótką przerwę. Bardzo fajna hopka, chyba nieodkryta przez rowerzystów, bo żadnego nie napotykamy. Takie sztajfy lubimy!

Wracamy. Przecież została jeszcze jedna butelka Whisky do wypicia z najlepszym gospodarzem pod słońcem na Kańczudze!

Poniedziałek

Dzisiaj żartów nie ma. Tylko kupa zabawy i procentów. Przygotowałem trasę z ponad 5 kilometrowym przewyższeniem, zatem bez obijania się Maciek!

Parkuję samochód w centrum Szczyrku. Wczoraj zwiedziliśmy główne i mniej znane miejsca w Beskidzie Śląskim, teraz chcę zobaczyć wszystko co fajne w Beskidzie Małym. Dosłownie i w przenośni, bo hopek mamy od groma.

Orle Gniazdo atakujemy we dwóch, Kinga wesoło kręci swoim tempem. Mijamy wycieczki szkolne, dzieciaczki niektóre zadowolone z wakacji, inne wydają się marzyć o siedzeniu przed konsolą… Mniejsza o nich. Dojeżdżamy wysoko poza główną drogę, turlamy się po betonowych płytach… aż do kompletnie piaszczystej drogi. Byłem tutaj, ale nie wyjeżdżałem poza utarty schemat – tym razem daliśmy z siebie wszystko. A przecież to dopiero początek!

Szukamy Kingi, choć, pokażę wam najwyższą hopkę – Magurkę Wilkowicką. Oj, jest tutaj klimat. Jeszcze rano, ludzi zero, chmury przysłaniają słońce, toteż w lesie panuje delikatny mrok. Gdzieniegdzie drzewa nie stoją tak blisko drogi, więc robi się jaśniej, ale czuję się raczej jakby był wieczór niż godziny przedpołudniowe. Niestety szczyt jest dziwaczny. Kilkaset metrów po gruzie, który tylko czeka, aby naciąć oponę… Pomimo tego docieramy do schroniska na Magurce. Kilka chwil na wzięcie oddechu i wracamy się do Kingi. Zjeżdżamy wspólnie.

Skrzyżowanie i pożegnanie. Kinga ma cały dzień na organizowanie sobie atrakcji, a my zaliczamy kolejno: Przegibek, przełęcz Łysą, Kublinów, Żarnówkę, asfaltową część Hrobaczowej Łąki, przełęcz Targanicką, Kocierską, ulicę Zieloną i Górską, Łysinę, Żar oraz ponownie Magurkę… Trochę tego jest!

Ulica Zielona i Górska! To ci dopiero ancymony! Czuję jakbym podjeżdżał momentami przełęcz Hardknotta. Wąziutka droga ze skarpą, z której nie chciałbym zlecieć w dół, nawierzchnia asfaltowo – betonowo – płytowo – trawiasta i te szalone nachylenie! Ach! Ostra pompa, procenty nie pozwalające na chwilę wytchnienia. Krótkie, bo krótkie, ale hopki treściwe i ze wspólnym punktem startowym. Zielona w lewo, Górska w prawo. Uwielbiam!

Tak naprawdę jedyną dłuższą przerwę urządzamy sobie na Górze Żar, czyli praktycznie na sam koniec… Obserwujemy paralotniarzy oraz szybowce przecinające chmury nad głową. Ładna pogoda przyciągnęła ludzi, niekiedy muszę się przeciskać, aby zrobić kilka zdjęć…

Zjazd jest magiczny. Kompletnie pewny siebie pędzę po serpentynach składając się niebezpiecznie nisko, wymijam samochody i… no nie kalkuluję. Podoba mi się jak cholera.

Śmieszna sprawa. Grubo ponad 5 klocków w pinie, a my bez większego wysiłku dojeżdżamy do Kingi, która wraz ze zmrokiem słońca urządziła sobie drzemkę na siedzeniu kierowcy. Hejo, wstawaj. Pewnie Mateusz czeka na nas, a powoli zaczyna się robić ciemno…

Wtorek

Niestety czas na nas. Tym miłym akcentem żegnamy się z Beskidami, które pokazały, że można znaleźć solidne sztajfy i spędzić czas na objechaniu całego regionu rowerem bez wsparcia czterech kółek za nami.

Zakochańce spali w namiocie, ja w pokoju podczas środka remontu (folie na ścianach itp.). Wypiliśmy kilka litrów Whisky i było przezabawnie! Do następnego spotkania!