Kendal

Łącznik dwóch światów

Podróż bez spania

Piątek 5:30 AM Pokój, w którym mnie nigdy nie ma
Wstaję. Ubieram się, jadę do Torunia.

Piątek 8:00 AM Toruń
Siedzę w czteroczęściowym schronie przeciwatomowym analizując pokręcone plany budynku. Dość tego, wstaję z krzesła, zabieram kartę dostępu i idę do głównej sali w trzecim, największym module. Chcę porównać 13 czerwonych punktów naniesionych na kartce z rzeczywistością. Mija pół godziny, wracam się, aby spróbować nadać tym czujnikom sens. Trzynaście pomiarów musi być skorelowane z kilometrami rur ogrzewania podłogowego zatopionymi w betonie, kilkoma centralami wentylacyjnymi, pomiarem stężenia dwutlenku węgla oraz wymaganiami użytkownika. Jeden wielki nonsens, gdyż zbliża się godzina dwunasta. Nie przeskoczę rzeczy niemożliwych. Potrzebuję co najmniej tygodnia do uruchomienia testów, a nie jeden dzień. Ze spokojem jem śniadanie, chwilę gadam z Tomkiem i wybija godzina trzynasta. Czas się zbierać.

Piątek 5:30 PM Lotnisko Modlin
Samolot mam około 20:30, więc jestem nieco za szybko. To nic. Modlinbus podwiózł mnie prosto przed drzwi lotniska. Zakładam słuchawki i włączam muzykę. Godzina spokoju.

Doskonale wiedziałem, że ważąc 55 kilogramów będę miał ogromny problem z bagażami. Plecak z elektroniką i książką, 12 kilogramowa walizka z ubraniami (to nie wycieczka do ciepłych krajów, kilka bluz i robi się ciężko) oraz walizka rowerowa z całym kolarskim dobytkiem ważąca ponad 20 kilogramów. Przedostanie się z tą ostatnią na drugi koniec hali sprawia, że boli mnie ręka. Ech.

Grzecznie oddaję rower w punkcie dla bagaży ponadwymiarowych, potem grzecznie stoję w kolejce dla bagażu rejestrowanego, następnie grzecznie wyciągam wszystko z plecaka w kolejce z bagażem podręcznym, a na sam koniec – najgrzeczniej jak tylko potrafię – poddaję się kontroli osobistej. Każą mi ściągnąć zegarek i pasek od spodni. Przecież ja nie mam takich wynalazków!

Piątek 9:00 PM Lotnisko Modlin
Siedzę na podłodze i piszę z Kingą. Tablica nad moją głową podaje godzinne opóźnienie wylotu.

Piątek 10:30 PM Lotnisko Modlin
Oho, coś się rusza w tym ludzkim gąszczu. Zatapiam się w tłumie, stoję w oczekiwaniu na pokazanie biletu i przejście przez bramkę…

Piątek 11:15 PM Lotnisko Modlin
Siedzę w samolocie. Kolejna bzdura na dziś: panie stewardessy z uśmiechem na ustach pokazują wszystkim pasażerom co należy uczynić w razie awarii samolotu znajdującego się 10 kilometrów nad ziemią. Nonsensowna iluzja bezpieczeństwa. Odrywam się od ziemi, przez kilka minut obserwuję przez miniaturowe okno rozświetlone punkty w oddali. Szum. Pogrążam się w półśnie.

Sobota 1:30 AM Lotnisko Manchester
Poznaję pierwszą osobę na lotnisku, wizualnie mój klon. Zżera mnie ciekawość.

Dlaczego leciałeś z Warszawy do Manchesteru, a teraz czekasz na pociąg do Liverpoolu?
Mieszkam tam, a w Polsce studiuję.
Co takiego?
Szkoła policyjna, aczkolwiek nie chcę być żadnym policjantem.
Skoro tak, to po co studiujesz coś co ciebie nie interesuje?

Takiej odpowiedzi się nie spodziewałem:

Ej Mariusz, imprezowałeś kiedyś w polskich akademikach? Moje koleżanki mówią mi: pij jak Polak, a nie Anglik!

Wszystko jasne!

Sobota 2:30 AM Lotnisko Manchester
Mój rozmówca nie czeka długo na pociąg. Imienia nie pamiętałem 5 minut po jego zniknięciu. Zostaję sam do godziny 7.

Sobota 7.05 AM Lotnisko Manchester
Pociąg rusza z miejsca. W wagonie siedzą ze mną trzy inne osoby, poranne pustki. Nikt na nikogo nie zwraca większej uwagi.

Jedziemy cały czas niemal po linii prostej w kierunku północnym. Przejeżdżając przez miasto obserwuję naprzemiennie kontrast pomiędzy starymi kamienicami a biurowcami. Miasto powoli budzi się do życia, zaspani ludzie gonią do pracy pomiędzy budynkami starych fabryk z ogromnym graffiti za plecami.

Senność. W niewyspaniu najgorsze jest zamknięcie oczu, gdyż za nic w świecie nie chcesz, aby się otworzyły. 50 kilometrów dalej ratuje mnie coraz bardziej interesujący krajobraz. Teren staje się pofałdowany, przeczuwam zbliżanie się do Kendal. Jednak jeszcze przesiadka w Oxenholme.

Sobota 10:00 AM Stacja kolejowa w Kendal
Wysiadając z pociągu zdaję sobie sprawę, że przede mną najcięższe 1,5 kilometra w życiu. Walizka rowerowa wyrywa rękę i przy skrętach ma tendencję do wywracania się w przeciwległą stronę. Osłabienie przez senność i brak porządnego śniadania (jakiegokolwiek śniadania!) potęguje niemoc. Przechodzę 100 metrów, staję, spoglądam przed siebie, zmieniam rękę ciągnącą walizkę i tak w kółko aż do hostelu.

Jan i Kristina. Maisy i George

Sobota 11:00 AM Kendal Hostel
Cześć Mariusz!
Cześć Kristina!
Choć, pokażę ci twój pokój!

Zostawiam klamoty, umęczony wspinam się wąskimi schodami na same poddasze kamienicy. Kristina pokazuje mi przestrzeń… na 10 łóżek? I wszystko dla mnie, ha! W międzyczasie odwiedzam zakamarki hostelu oraz zapisuje na żółtej karteczce kod do domofonu. Schodzimy do kuchni i widzę kawę. KAWA! K A W A! KA – WA!

Kristina, mogę, mogę, mogę sobie zrobić?
Mariusz, ja ci zrobię, spokojnie!

Sobota 11:15 AM Kendal Hostel
Już z kubkiem gorącej kawy w dłoniach rozmawiamy w salonie. Rozpoczynam kolejną godzinę bez snu, jej angielski czasem zlewa mi się w pojedynczy słowotok, ale staram się udawać obecnego duchem.

Dlaczego Kendal? Jakim cudem się tutaj znalazłeś?
A wiesz, nikt mnie tutaj nie znajdzie. Nikt do mnie nie zadzwoni, bo nie mam telefonu. I mało kto wie, że tutaj wylądowałem. I przełęcz Hardknotta – to główny cel mojej pielgrzymki.
Będziesz z nami długo – czuj się jak u siebie!
O George! Mamy w hostelu zwierzęta, przeszkadza ci to?
Skądże! Uwielbiam koty! Są dwa czy tylko jeden?
Jeszcze jest labrador Maisy, gdzieś śpi na górze.

Tyle czasu w Kendal z kotem do pogłaskania! Lecz Maisy wydawała mi się bardzo ospała w przeciwieństwie do George’a.

Sobota 12:15 PM Pomiędzy hostelem a Brewery Arts Centre
31 godzina bez snu i w końcu znajduję się w centrum Kendal nie musząc już dosłownie nic. Przekraczam drzwi hostelu obłożonego przeróżnymi kwiatami oraz stosem ulotek pomiędzy nimi. Atakuje mnie widok, na który wcześniej nie zwróciłem uwagi: jednostronny ruch uliczny, dwustronny i w dodatku lewostronny ruch pieszy i rowery miejskie, które jeżdżą jak chcą (aczkolwiek udają, że wszystko jest pod kontrolą). Przymykam oczy, słońce świeci jak oszalałe. Przymykam oczy podczas płacenia za obiad, dziś kompletnie nie mam ochoty na kulinarne przygody w kuchni hostelu. Przymykam oczy w sklepie podczas płacenia kartą za stos rzeczy do przetrwania w lipcu. Jestem gotowy na podbój krainy jezioraków!

A nie chwila… Spać…

Sobota 1:00 PM
Próbuję cokolwiek przekalkulować. Złożenie roweru to chwila. Prostą trasę ułożę w moment. Muszę coś zrobić, aby nie zasnąć w środku dnia.

Poznaję panią Jan. Akurat wracała z miasta z powrotem do hostelu. Przesympatyczna osoba i w dodatku polubiła zielony kolor ramy. Ściągnąłem ochronne przylepce, montuję koła. Kiedy rower jako tako stoi zakładam kierownicę. Przerzutka całą podróż grzecznie czekała wewnątrz kasku, dokręcam śrubę imbusem, podpinam przewód i rower gotowy. Przed wyjazdem sprawdzam czy potrzebuje jakiejkolwiek regulacji – nic, dosłownie nic. Jak ja uwielbiam proste rozwiązania. Gdzie jechać? Najbliżej mnie największe jezioro w Anlgii – Windermere. No to jadę wokół, strój cyk, kask cyk, okulary cyk, buty cyk!

Tom, Gwen oraz mały Henry

Sobota 1:27 PM
Wyjeżdżam, skręcam w prawo, jeszcze raz w prawo i po 50 metrach zaczynam podjazd. O jakie cudowne uczucie mieć procenty pod nogami! O dziwo czuję się dobrze, droga nie rozmazuje mi się w oczach, nawet przyszedł niespodziewany przypływ siły. Pewnie przez radość, jakżeby inaczej. Po kilkunastu minutach przyzwyczajam się do lewostronnej jazdy, aczkolwiek gdy pierwszy raz wjeżdżam na wielkie rondo lekko przypalam styki w mózgownicy. Dobre kilka sekund stoję i zastanawiam się gdzie pojechać, czemu oni skręcają w lewo, a nie w prawo…

Sunę po wąskiej drodze położonej w sąsiedztwie jeziora. Po prawej mijam domki z różnymi flagami, najbardziej rzuca się w oczy australijska. Mija mnie jedno porsche, drugie. Fajne bryki, spora część to kabriolety. Zaczynają się mini hopki oraz zakrętasy, doganiam wielkiego różowego cadillaca i siedzę mu na ogonie prawie aż do… promu!

No tak, przecież objeżdżam połowę, a nie całe jezioro. Kasuję funciaka, biorę bilet i idę do innych rowerzystów oczekujących na parostatek. Zagaduje mnie dwóch gości.

Skąd jesteś?
Z Polski, w sumie to przyleciałem w nocy, szybko się rozpakowałem i… jeżdżę od godziny!
Serio?
Serio, serio. Wiem, może wyglądam jak z innej długości geograficznej… ale Polska.
Dokąd teraz?
Kendal.
Jedziemy razem!

I tak poznaję Tomka i Jamesa. Dojechaliśmy do Staveley i… Tom zaprasza na obiad. Mam poznać Gwen i małego Henry’ego. Czemu nie? Widzimy się w poniedziałek!

Dodam coś, co nie jest sobotnie, a właśnie poniedziałkowe – obiadowe.

Rozmawiamy od dwóch godzin. Poruszyliśmy tematy o życiu w Lake District, przyszłym Brexicie i co on zmieni, klimacie i górach wokół… Najbardziej dziwi mnie informacja, że tutaj nie mają zimy. Jeśli spadnie śnieg i zrobi się minus trzy to Kraina Jezior popada w kataklizmie. Rano nie uświadczysz autobusu, szkoły są zamykane i następuje kompletny paraliż.

Gwen, proszę pokaż mi twoje rodzinne okolice – Kapsztad. Wyjmuje folder turystyczny, a może i foto-książkę (nieważne) i tak sobie przeglądam… Rozpływam się… Nie tylko od świetnego jedzenia i miłej atmosfery! Niesamowity album, wyobraźnia przenosi Mariusza na Górę Stołową… A co jeśli się tam rzeczywiście znaleźć?

Mariusz posłuchaj. Loty są takie i takie. Trwają tyle i tyle. Może chciałbyś odwiedzić moich rodziców? A słyszałeś kiedyś o Three Peaks Challenge?

No oczywiście, że tak! To drugi z powodów, dla których tutaj jestem. Tomek wyjmuje mapkę z zaznaczoną pieszą trasą, o której można poczytać w jednym z wcześniejszych wpisów.

I tak wyglądał poniedziałkowy wieczór. Angielski dom, wodospad za płotem, Tom, Gwen z RPA, mały Henry mówiący dwoma językami i Mariusz złożony z kultur dwóch krańców świata.

Sobota 8:00 PM (prawdopodobnie)
Czterdzieści godzin bez snu. Samochód, autobus, samolot, pociąg, rower, prom. Spać!

Jutro przełęcz Hardknotta. Ale to inna opowieść.