Na raz, dwa i trzy!

Czyli moje 100, 200 i 300 kilometrów!

 

100 kilometrów

Czego się nie robi dla Rafała… Obłożnie chora z zapaleniem gardła miałam wcale nie wychodzić na rower. Potem sama przed sobą obiecałam zrobić maksymalnie 50 kilometrów. No ale… za dobrze się gadało żeby zawrócić i tak po prostu się rozstać…
Dla osób niewtajemniczonych zdradzę sekret – Rafał po raz trzeci objechał Polskę dookoła robiąc dziennie 200km+. Jego hobby to zaliczanie gmin. Tak, jest wariatem 🙂 Jego motto przewodnie wyprawy brzmi:

Rano kupa i czysta dupa!

Na moje nieszczęście całą drogę powrotną towarzyszył mi deszcz. Możecie sobie wyobrazić mój stan zdrowia kolejnego dnia 🙂

 

200 kilometrów

Na tydzień przed Kórnickim Maratonem Turystycznym Kocurki znowu zawitały do Poznania. W składzie: Mario, Kendiii, Patryk, Kate, Paweł (+jego kolega), Agata, Wojtek, Tomasz oraz ja – zrobiliśmy małe preludium do czekającego wyzwania.
Zebraliśmy się w Rogalinku koło godziny 10. Trasa wyglądała jak patyczak i kierowała nas na zachód. Oznaczało to, że pierwsze 100 km musieliśmy pedałować pod wiatr, a drugie w plecy. Nie czułam się w dobrej dyspozycji zaraz po grypie, ale jakimś cudem dałam radę utrzymać się na kole towarzyszy. Chyba największą motywacją były najpierw lody w Śremie u Pawła, a potem Kórnickie Kendiacza 😀
Poza tym – kolejny człek złapał bakcyla i został wkręcony w świat kolarstwa! Patryk! Świetny zakup, szosa elegancka! Dużo zabawy teraz ^^
Na koniec ogromne brawa dla Kate! Dziewczyna nigdy wcześniej nie zrobiła dwustu, a tu jedną nogą wyszło 250 z hakiem!! 😀

300 kilometrów

Na Kórnicki Maraton zapisywaliśmy się z Mariuszem już w czerwcu. Co prawda liczba osób była ograniczona (100 uczestników), ale Kate z Maciejem załapali się na listę, ktoś zwolnił miejsce. Jupi!

Czasami jak sobie myślałam ile to jest 300 kilometrów i że mamy to przejechać rowerem dopadała mnie mała załamka. Nogi nie miałam, pozostało mi tylko nastawić dobrze głowę. Nieukończenia wcale nie brałam pod uwagę 🙂

Przed siódmą rano pojechaliśmy z Maciejem 12 km do Robakowa tylko po to żeby odebrać nadajniki GPS. Pakiety startowe odebraliśmy dnia poprzedniego. Na miejscu spotkaliśmy świeżo wypluskanych w basenie Kate oraz Mariusza. Nieregulaminowo (⌐ ͡■ ͜ʖ ͡■) w wyprawie wziął udział również Patryk!
Start honorowy zakończył się na rynku w Kórniku gdzie dalej zostaliśmy podzieleni na 15-osobowe grupy coby nie łamać prawa.

8:15
Szefuńcio: Państwo Wiśniewscy obecni?
Ja: To znaczy my jesteśmy rodzeństwem!
Całe towarzystwo w śmiech ^.-

Nasza ekipa zbytnio nie współpracowała. Do obiadu jechaliśmy jako tako razem, ale nikt nie chciał dawać zmian. Mario z Kendim byli praktycznie cały czas z przodu. Niezmordowani <3
W sumie dla nas było bez różnicy czy jedziemy sami w czwórkę czy ktoś się za nami ciągnie. Robiliśmy sobie częste przerwy na lody, tudzież na jedzenie albo to i to jednocześnie 😀 Znaleźliśmy też chwilę żeby odwiedzić rodzinę Kate w Słupcu. Pełen lajt! Obliczyliśmy, że zdążymy dotrzeć na miejsce przed zmrokiem. Myliliśmy się. Robiło się buro kiedy mieliśmy już w nogach 300 km. Co jest?! Ano to, że trasa liczyła 330! Na dodatek zaczęło lać. Heh.. Ubraliśmy co mieliśmy, odpaliliśmy lampki – dalej w drogę! Na ostatnich 10 km każdy wykrzesał resztki energii i pocisnęliśmy czasówkę.

Uf! Medal na szyi, koniec! Daliśmy radę!

Mario z Kate od razu wsiedli do auta, my z Maćkiem na bazie wypiliśmy ciepłą herbatę, zjedliśmy smaczne spaghetti i dopiero do domu.
W pełni szczęśliwa po ciepłej kąpieli położyłam się spać obok Macieja z uśmiechem na twarzy. Nie nastawialiśmy żadnych budzików. Takie życie <3