Trzy szczyty Yorkshire Dales

Z rowerem na plecach

Nieznany Whernside

W niedzielny wieczór siadam na łóżku i zaczynam się zastanawiać jak to dalej będzie. Poniedziałek spędzę na studiowaniu map i internetowych zasobów na temat otaczających mnie dwóch parków narodowych. Ciało domaga się porządnego odpoczynku.

Budzę się bardzo późno jak na moje standardy, jest grubo po dziesiątej. Powoli na zewnątrz zaczyna się ocieplać, a bezchmurne niebo z pięknym słoneczkiem zachęca do wyjścia. Przyszła Kristina do pokoju rozwiesić pranie. Podczas rozmowy stwierdza, że jest upalnie. Podrapałem się po głowie – dla mnie to tylko 18 stopni… Miałem czytać o Krainie Jezior, ale przesuwam to na popołudnie. Ubieram buty, zakładam koszulkę i wychodzę. Sił starcza jedynie na odkrycie ruin zamku na wzgórzu. Kilka kamienistych ścian oraz wieża, do której wchodzę i nie widzę kompletnie nic ciekawego. O wiele bardziej intryguje mnie zarys szczytów, tak pięknie widocznych z tarasu widokowego przed ruinami. Ludzie mnie mijają, a ja gapię się w dal bez przerwy 10 minut. Wracam do hostelu.

Dzisiejsze słońce i upalne osiemnaście stopni to tylko fotomontaż. Od wtorku zacznie się prawdziwe angielskie lato: całodniowe deszcze i temperatury oscylujące wokół 10 stopni. Nie jestem zaskoczony, przecież nie znalazłem się tutaj przypadkowo. Zmieniam 28 milimetrowe szosowe ogumienie na przełajowe 32 milimetry.

Sprawdzam wszystkie informacje na temat Cyclocross Three Peaks Yorkshire Dales. Rowerowa trasa jest dostępna tylko raz w roku podczas trwania imprezy, we wrześniu. W pozostałe dni wejście na szczyty jest zakazane, gdyż prowadzi przez tereny prywatne. Hm… Jest trasa… piesza! Przejechanie większości będzie niemożliwe, ale nikt mi nie zabroni prowadzić roweru.

Wyzwanie Trzech Szczytów poprzedzę w pełni przełajową wycieczką po Whernside. Podczas planowania trasy pomaga mi strona Pedal North oraz cieplna mapa na Stravie. Cienka pomarańczowa linia pośrodku niczego daje mi cień szansy na możliwość przejechania takiej ścieżki przełajem. Niesamowicie przydatne narzędzie, aby oczekiwać dosłownie niczego. Nie mam zielonego pojęcia co się tam kryje.

Wtorek, bardzo rano. Środek lata. Ściągam bieliznę, zakładam czarny kombinezon. Na niego bluzę, a na bluzę kurtkę. Wyciągam rower, wracam się po bidony. Nie było mnie 30 sekund, a już jest cały mokry. Padało całą noc i nie zamierza przestać.

Zbliżam się do Whernside. Zjeżdżam z wiejskich dróg i pojawia się pierwsza misja: przeprawić się przez małą rzekę. Jest drewniany mostek, ale otoczony płotem. Schodzę z roweru, przerzucam go przez ogrodzenie, a na koniec skaczę prosto na krzaki sięgające mi do pasa. Na środku przeprawy odwracam głowę do tyłu, analizuję co się stało i zakrywam oczy dłonią… Nie musiałem skakać. Nie musiałem podnosić roweru i przerzucać go za płot. Nie musiałem… Jest obejście, lekko zarośnięte przez krzaki. Za późno! Przynajmniej początek przygody zaczyna się interesująco.

Dojeżdżam do kolejnej bramy, muszę zejść z roweru, otworzyć ją, przeprowadzić koło i na koniec zamknąć. Jestem blisko szczytu, spotykam coraz więcej owiec. A właśnie. O ile na początku starałem się omijać owcze bobki, tak im dalej tym człowiek coraz mniej się tym przejmuje. Poważnie, zbocza są tak zawalone czarnymi kuleczkami, że nie sposób tego ominąć. Normalny element krajobrazu.

Dojechałem na szczyt i otoczyło mnie głazowisko. Właściwie ciężko to nazwać szczytem. Przede mną rozlewa się płaska zielona przestrzeń spowita chmurą. Głazy, wszędzie głazy. Nie sposób po tym jechać, po raz kolejny dzisiejszego dnia biorę rower na bark i wędruję po skałach próbując się na nich nie poślizgnąć. Wszystko mokre i czarne od owczej kupy.

Skończył się kamienisty odcinek, rozpocząłem dryfowanie po zielonym oceanie. Ślad w nawigacji niewiele pomaga, gdy przed sobą widzę jedynie trawę sięgającą do połowy kół, skalne kratery albo stada owiec. Tak spędzam kolejnych kilka godzin, w poszukaniu ścieżki, którą muszę wyznaczać sobie samemu.

I ta świadomość. Przecież tu nie ma nikogo w promieniu 10 kilometrów. Może więcej? Jestem na szczycie Whernside’a, dookoła zielona trawa, beczące zwierzęta, a nad głową chmury, niekiedy przysłaniające cały krajobraz. Poruszam się w mleku.

Nagle zapadam się, dupę mam wyżej niż głowę. Jasny gwint, wciągnęło mi rower. W popłochu wypinam się z pedałów i próbuję wyskoczyć z grzęzawiska. Skaczę, ale mam wrażenie jakby ktoś trzymał mnie za nogi. Wracam na bezpieczny grunt, analizuję to co się przed chwilą wydarzyło. Nogi mam uwalone w błocie aż za kolana. No ładnie…

Jak wygląda zjazd w Yorkshire Dales? Zapomnijcie o cywilizacji. Mam rower przełajowy, naciskam obie klamki hamulców, aby jakoś przeżyć turlanie się po kamieniach. Szutrowe ścieżki są bardzo rzadkie, najczęściej próbuję się nie zabić trzymając pion w wyrwie zrobionej przez deszcz pomiędzy dużymi kamieniami. W oddali widzę zamglony wiadukt Ribblehead. Jutro cię dotknę!

Pani Jan specjalnie dla mnie rozpaliła kominek, bo wiedziała, że po 8-9 godzinach w deszczu przyjadę przemarznięty. Tragedii nie było, aczkolwiek cieszyłem się, że ciało jak i rower wróciło bez defektów.

Przeludniony Whernside

Wczoraj objechałem górę z południa na północ, dziś zaczynam przygodę od strony północnej. Wdrapuję się na zbocze, mijam bramy, które otwieram po raz drugi, ale z przeciwnej strony. Docieram do właściwej ścieżki wyzwania Trzech Szczytów. Przeskakuję przez płot. Mijam piesze wycieczki, niektóre z przewodnikiem, niekiedy samotnych traperów. No właśnie – wspinaczy w ciężkich butach, a nie rowerzystów. Z kołem u boku wzbudzam niemałe zaciekawienie, czasem muszę odpowiadać, że jestem zdrowy na umyśle. Niektórzy zrozumieli szaloną ideę, niektórzy nie.

Na początku jechałem bezpiecznie wymijając turystów. Zacząłem iść razem z początkiem kamiennych płyt. Droga do nieba, szczyt przykrywały gęste chmury.

Pierwsze wejście nie sprawia mi problemu. Napotykam większe trudności na jednej kamiennej ściance, potem na szczycie znowu mogę powoli jechać pomiędzy kamieniami. Zbliżam się do zjazdu. Jakiego zjazdu?

Pionowa ściana. Zejście mnie przeraziło. Bez roweru to ciężkie zadanie, z rowerem zaczynam uprawiać poranną gimnastykę. Zarzucam go na plecy i próbuję odnaleźć najbardziej dogodne kamienie do postawienia nogi. Mokro, nie mam żadnej pewności do tego, że za chwilę głaz nie obsunie się w dół. Ulga. Sztuka znalezienia się na dole w jednym kawałku powiodła się.

Najcięższy Ingleborough

Siadam obok owiec i jem drugie śniadanie. Mam widok na rozległą dolinę, a z drugiej strony widnieje ukryty w chmurach Ingleborough. Najedzony i zadowolony ruszam dalej.

O jaki wielki krater. Nie mogę go objąć w kadrze aparatu. Dosłownie pojawił się znikąd, taka wielka dziura w ziemi, a obok szutrowa droga…

Zaczynam zbliżać się do góry, muszę zejść z roweru i prowadzić go po kamiennych płytach. Niektóre ruszają się na wszystkie strony, czasem są zapadnięte, a czasem przeskakuję na drugi z kolei, bo powstała wielka wyrwa. Drewniany mostek prowadzi przez podmokłe tereny, ku mojemu zadowoleniu podeszwa nie ślizga się na mokrym drewnie.

Pokaźna ściana do pokonania. Chyba najtrudniejsza tego dnia, gdyż to nie były standardowe schody ułożone z głazów. To było po prostu pionowe głazowisko z wodospadem po prawej stronie. Woda szumi, a mi z czoła kapią krople potu, jedna za drugą. Nadludzki wysiłek. Dźwigam siebie i rower, jedną ręką zapieram się o ostre krawędzie, a nogi pracują, aby piąć się do góry. Pociąłem skórę w kilku miejscach, pojawia się krew, którą ignoruję. Ból nie robi żadnego wrażenia, gdy jestem w połowie. Im wyżej tym głazy robią się coraz większe, a gdy patrzę w dół dopiero uświadamiam sobie jaka to ogromna zielona przestrzeń. Zachwyt goni zachwyt, pomimo brązowo-czerwonych nóg.

Błędnie myślę, że najgorsze za mną. Idę kawałek spokojnym szlakiem, aż osiągam wzrokiem szczyt. Toć to same kamienie… I znowu uprawiam gimnastykę.

Jestem na górze i jem czekoladę z poczuciem zadowolenia. Przychodzi zmęczenie. Przyłącza się para Anglików twierdząc, że należy mi się medal. Odparłem, że ja tylko w dość niekonwencjonalny sposób chcę ukończyć wyzwanie Trzech Szczytów. Robię to dla zabawy.

Droga na dół dostarcza mi skrajnych emocji. Przeskakuję płoty, omijam głazy, często prowadzę rower, gdyż kamienie uniemożliwiają spokojne turlanie się. Niekiedy jestem zmuszony do wyznaczania samemu trasy, ścieżka zamieniła się w błotne zapadlisko.

Docieram do magicznego miejsca. Skaczę po ogromnych białych głazach, rower przeprowadzam pomiędzy nimi. Po prawej stronie rozciąga się białe skupisko kamieni, po lewej identycznie. Kamienna pustynia (foto sfera).

Radosny Pen-y-Ghent

Zabawa w zdobycie trzeciego szczytu zaczyna się w miejscowości Horton in Ribblesdale. Od początku wędruję samotnie. Z nikim nie zaczynam rozmowy, ani też żadna osoba nie zakłócała mojego spokoju. Po prostu nikogo nie ma. Po bardzo trudnym Ingleboroughu nic już nie miało prawa mnie zadziwić tego dnia.

Standardowo przejeżdżam przez bramę, aby dostać się na trawiaste zbocze. Mozolnie pedałuję do skalnej ścianki, zarzucam rower na plecy i zastanawiam się jak dotrzeć na górę. Widzę trzy drogi, każda ze zdradzieckimi głazami. Udało się. Pen-y-Ghent jest jedyną górą, która pozwala więcej jeździć niż biegać. Aż do finalnej wspinaczki powoli przemieszczam się po skalnym szutrze.

Może to wina zmęczenia, a może zagubienie. Jestem blisko osiągnięcia szczytu, ale nie widzę prostej drogi jak się tam dostać. Opieram rower na jednym z głazów i samotnie niemal na czworakach próbuję znaleźć jakiś sposób na pokonywanie metrów w górę. Kilka minut później zatrzymałem się, patrzę w dół… i nie widzę roweru. Czas się wracać, ale ponowne wejście nie będzie łatwe.

Najpierw wrzucam rower schodek wyżej, opieram go prosząc w myślach, aby nawet nie próbował się przewrócić. Wtedy szybko małpimi ruchami wskakuję na głaz i powtarzam cyklicznie operację aż do osiągnięcia szczytu.

Przeskakuję kamienny płot i robię sobie pamiątkowe zdjęcie. Stawiam rower o jakieś głazy, kładę aparat na siodełku. Samowyzwalacz na 15 sekund. Biegnę kawałek dalej i staję w środku kadru. Cyk!

Jakie to szczęście mnie spotyka. Droga na dół jest pół szutrowa, pół kamienista. Mogę cały czas jechać, może i powoli, ale jechać, a nie zbiegać zamykając oczy ze strachu przed mokrymi głazami.

Droga powrotna do Whernside prowadzi mnie obok wiaduktu Ribblehead. Radość po raz kolejny! Ikona tego regionu na wyciągnięcie ręki. Z bliska zachwyca swoim majestatem, przejeżdżam z uśmiechem pod budowlą. Podczas rowerowej wspinaczki na zbocze pierwszej góry oglądam się za siebie, aby jeszcze raz spojrzeć na olbrzyma. Pociąg! Pociąg na wiadukcie!

Powoli zapada noc. Dojeżdżam do Kendal, światła latarni oświetlają drogę. Ostatnimi siłami biorę prysznic.

Błoto zmieszane z zaschniętą krwią za cholerę nie chciało schodzić z nóg.