Beskidy, Enduro Trails i Rychlebskie Ścieżki


Beskidy


Mokotów, centrum Mordoru. Siedzę, wymyślam i programuję. Budynek bardzo bliski oddania, zostało jedynie zatwierdzenie oprogramowania przez inspektorów. W międzyczasie odliczam godziny do wyjazdu. Gdybym używał zegarka na ręce to odprowadzałbym wskazówkę wzrokiem. Los chciał, że mostek w Kingi rowerze jest szerszy od mojego nadgarstka, zatem czasomierz nawet z najmniejszą tarczą ciąży niczym kamień przywiązany do ręki. Minuty mijają na ekranie monitora. Jedenasta trzydzieści! Koniec pracy!

Przed 15-stą dotarłem do domu. Wrzucam do bębna pralki to co wcześniej zapomniałem wyprać. Wyszedłem na zewnątrz i rozpocząłem wypakowywanie klamotów z załadowanego busa do garażu. Samemu przenoszenie rzeczy zajęło prawie 40 minut. Dla porównania kilka dni później z pomocą Kingi uwinęliśmy się w 10 minut.

Ratuje mnie ostre słońce, gdyż mokre rzeczy wyschły podczas pakowania osobistych tobołów. Tu walizka z normalnymi ciuchami, tam kolarska torba, ściągam z półki skrzynkę z narzędziami oraz przygotowuję osobną skrzynkę z jedzeniem. Samochód pomieściłby rzeczy dziesięciu Mariuszów, zatem nie ograniczam się w niczym. Poduszkę też zapakowałem, a co. Zakładam okulary przeciwsłoneczne, odpalam silnik Diesla, włączam rock’n’ rolla. Dzwonię do Sandry z Blablacara i mówię, że za 40 minut będę u niej w Toruniu!

I w ten sposób poznałem pierwszego chwilowego towarzysza w podróży.

Dowiedziałem się o jej rowerowych planach wakacyjnych, a mianowicie o locie do Grecji, przejechaniu wzdłuż wybrzeża do Chorwacji. Brzmi jak plan, bardzo dobry plan! A właśnie, spontanicznie dostaję diagnozę swojego mięśnia sercowego. Mimo szczerych chęci nie umiem powtórzyć szpitalnych słów pani doktor!

Sześć godzin jazdy autostradą minęło bardzo szybko. Sandrę odebrałem spod jej bloku w Toruniu i odstawiam w domu rodzinnym gdzieś w środku gór. Jeszcze raz potwierdzamy, że widzimy się na rowerze w Piernikowie. W środku nocy pozostaje mi jedynie dojechać do Mateusza, który zaoferował łóżko, ciepły kąt i gorącą wodę w wannie. Około pierwszej w nocy parkuję za jego domem. Wita mnie gorącą herbatą i swojską kiełbasą z chlebem. Moja wioskowo-toruńska gwara i jego południowa gadka bardzo dobrze ze sobą brzmią. Długo nocna gościna nie trwała… Padam, przejechałem 700 kilometrów.

Budzę się o szóstej? Chyba tak. Parkuję przed Lewiatanem w centrum Szczyrku i dociera do mnie, że nie zabrałem torxa, przez co nie mogę zmienić tarczy na 34 z 38. Może błąd, może nie (patrząc z perspektywy czasu nawet i lepiej, bo było więcej zabawy). Zaczęły się zjazdy, patelnie, jedna za drugą, poziom szczęścia doprowadzony do maksimum!

Dojechałem na osiedle Kozińce, omijane przez kolarzy szosowych. Analizując mapki nie wiedziałem dlaczego, ale na miejscu okazało się w czym tkwi rzecz. Przywitała mnie dwudziestoparo procentowa ścianka wyłożona betonowymi płytami porośniętych trawą. W połowie musiałem zeskoczyć z roweru, bo pomimo pedałowania koło uparcie ślizgało się na piasku. Popatrzyłem do góry, lekko się przeraziłem, wsiadłem ponownie i poszło zygzakiem. Fajna sprawa!

Czantoria. Teraz już wiem dlaczego tam leciała trasa jakiegoś maratonu MTB. Wtedy oczywiście nie wiedziałem, chociaż nic nie zwiastowało przedzierania się przez błotny las. Skręcam na ulicę Górską, ładny asfalt, dość szeroki z ławkami po bokach. No nie jest źle, chociaż trochę dalej znów witają mnie betonowe płyty z pasmem trawy pośrodku. Zaciskam zęby i nie ma mowy, abym nie wjechał. W połowie podjazdu kończy się beton, a zaczyna żwir. W niczym mi to nie przeszkadza, dopóki nie docieram do lasu, dość mokrego lasu. Gdzieniegdzie prowadzę rower mając nogi i koła roweru utopione po poziom kolan w… jesiennych liściach! Jakbym wskoczył do poduszki, tylko zamiast gęsiego pierza zastał pożółkłe liście. Przedzieram się przez najgorsze moczary, dojeżdżam do kamienisto-żwirowej ścieżki, na której komfort jazdy zdecydowanie wzrósł. I tak sobie wesoło kręcę aż do zdobycia Czantorii na szosowych oponach. Było trudno, trudniejsze przede mną, czyli… schodzenie z rowerem po kamienistym szlaku dla pieszych. Na upartego człowiek dostanie się do góry, ale zjazd inną drogą jest niemożliwy.

Równica, jak sama nazwa wskazuje, trzyma non stop 10-12 procent i trzyma tak aż do samego szczytu. Ani to ciężkie, ani specjalnie ładne. Całą drogę pokonuję w lesie, widok stanowią jedynie drzewa oraz mnóstwo pielgrzymów (w końcu święto kościelne). Oczywistym jest, że turyści są niemal w całości złożeni z seniorów, także tego…

W dół schodzę po kamieniach albo bardzo powoli przedzieram się przez krzaki, bo znowu wybrałem skrót będący pieszym szlakiem. Przez moje bieganie po lesie z rowerem zrobiła się już późnawa godzina, a jeszcze mam w planach zdobyć Magurkę.

Jestem na dole, gdzieś w centrum Szczyrku… Nagle spotykam Pawła. Jedno wielkie zdziwienie! Będąc na końcu Polski mijam się z kumplem. Akurat wraca na bazę do taty. Pytam się go czy jedzie ze mną na Magurkę, we dwóch zawsze raźniej – o tak!

Bieganie po kamieniach pomiędzy ludźmi mnie naprawdę zmęczyło, wyraźnie odstaję od Słomy. A nachylenie oscyluje wokół 12 procent non-stop. Mówię, że mam złą tarcze, bo 38… na góry zakładam 34 zęby. Na co Paweł odpowiada: 38? E, to normalnie, bo ja mam 39 małą. JENY!  Pojawiają mi się dodatkowe krople potu na czole po uzyskaniu tej informacji. Tylko jest jedna różnica: ja nie jestem zawodowcem, jedź mój drogi przyjacielu, spotkamy się na szczycie.

Widoki z góry zrekompensowały trud wspinaczki. Pijąc schłodzone napoje z lodówki rozmawiamy na tematy kolarsko – neutralne.  Widzimy gdzieś za jeziorem górę Żar, ale nie wjedziemy tam dzisiaj, za późno. Wróciliśmy do Szczyrka, gdzie wrzuciłem rower na pakę i pożegnaliśmy się. Powodzenia na Mistrzostwach Polski!

Wyruszyłem, ale po chwili zajechałem na zatoczkę PKS-ową, coś mi muzyka po Bluetoothu nie działała i chciałem to sprawdzić. Naglę patrzę w prawe okno, a pojawiła się w nim miła pani z zapytaniem czy jadę do Bielska-Białej. Może nie jadę tam docelowo, ale przejeżdżam przez miasto. No i tak dorobiłem się pierwszych dwóch autostopowiczów.

Wieczorem zestaw standardowy, który powtarzał się trzykrotnie: rozmowy przy whisky i piwie, słuchanie szwedzkiego death metalu i oglądanie wojennych filmów na Netflixie.

 


Bielsko-Biała Enduro Trails


Słyszę budzik, wyłączam dźwięk zwiastujący DEFCON 1, jednak dalej leżę w łóżku.  Moja poduszka jest taka miła, taka miękka… Jednym okiem spoglądam w okno, promienie oświetlają pokój porannym blaskiem. Przymykam oczy i budzę się dwie i pół godziny później.

Dziewiąta trzydzieści rano. Przecież to środek dnia! Nieco skołowany wyrzucam swoje zwłoki z łóżka i idę do kuchni zagotować kawę. Cześć Mateusz, co tam, jest bania, nie ma bani? Oczywiście, że nie ma, po czym? Pokazuję Dewiantowi (taka ksywa, czaicie, rozumiecie) jak się przyrządza bardzo skomplikowaną potrawę – spaghetti bolognese. Makaronu, mięsa i sosu mam tyle, że starcza dla naszej dwójki. Dobry posiłek to dobry początek dnia.

Pakuję rower do samochodu i jadę kilkadziesiąt kilometrów dalej. Chcę zobaczyć co mają Polacy do zaoferowania w zakresie błotnych ścieżek i jak to się ma do Smrekowych Singli. Ano ma się tak, że nie ma czego porównywać. Co ma piernik do wiatraka? Taka sama liczba liter nie wystarczy, a charaktery ścieżek diametralnie odmienne.

Na pierwszy ogień wybrałem Daglezjowy Podjazd. Radość! Młynkuję jak szalony, wymijam co chwila losowego osobnika na góralu, trzymam równowagę na głazach, przeciskam się pomiędzy drzewami i robię nawroty na 180 stopniowych patelniach. Najlepsze jest to, że to trwa i trwa! Niestety wszystko co dobre musi się skończyć, w okolicach szczytu zaczął się kamienisty szlak prowadzący bezpośrednio do Twistera. Ścieżka nazywana polskim Superflow z Rychlebów, ale oryginał jest w planach dopiero za 24 godziny. Cierpliwości, najpierw sprawdzę brata… bliźniaka? Mogę to tak określić, albowiem ilość patelni (jak to nazywają górale to nie mam pojęcia) przyprawia o zawrót głowy (i to dosłownie)! Nawierzchnia nie jest łaskawa dla przełajowych oponek, ale zabawa trwa. Dolatuję na dół. Co za kręciołki!

Twister jest najbardziej przyjazny dla mojego roweru, ale czas sprawdzić inny szlak. Stary Zielony stoi drugi w kolejce. Tym razem droga do góry prowadziła przez ciężką ściankę pokrytą liśćmi i drobnymi kamieniami. Powietrze zaczyna się robić duszne, a to zwiastuje burzę. Póki co niebo czyste, nie ma czego obawiać. Widzę tabliczkę, pamiątkowe zdjęcie, czas zjeżdżać. Uruchamiam kombinatorykę na rowerze, czyli przeciskam się tam, gdzie to w teorii nie jest możliwe. Balansuję ciałem, nie ma upału, a mam mokro w gaciach, wszystko po to, aby nie zbierać zębów z ziemi. Dojeżdżam do korzeniowej skarpy, tu kozaczenie może przynieść opłakane skutki. Ten odcinek przechodzę z rowerem na plecach. W międzyczasie mija mnie dziewczyna w pełnym kasku i krzyczy: odważny jesteś! Eee nie. Głupi po prostu.

Stary Zielony był cholernie trudny, toteż stwierdziłem, że przejadę sobie drugi zielony szlak, czyli Stefankę. Krótki, bo krótki i nie wymagający kosmicznych umiejętności jak poprzednik. Kolorowe oznaczniki tras nie są wymyślone na siłę. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie pod Smrkiem, gdyż tam trudność reguluje się prędkością. Pod Bielsko-Białą trudność reguluje strach przed wywrotką na głazach, zeskokach i olbrzymich korzeniach.

Duszność, wszędzie duszność. Zaczyna padać, a ja jestem blisko samochodu. Czas wracać pić alkohol, słuchać skandynawskiej muzyki i oglądać koreańskie wojenne kino.

 


Rychlebskie Ścieżki


Zachwyt ciężko przelać na papier. Chwila! Nie papier, a ekran monitora.

Wstaję o 4 albo 5 rano, nie pamiętam dokładnie. Tym razem W Polsce pada deszcz, co chwila burzowe zawieje. Mam dobrą wymówkę, aby wyrwać się do znów Czech. Znów, bo przedwczoraj przekroczyłem granicę na Czantorii.

Przede mną 200 kilometrów drogi (a wieczorem powrót, nie ma lekko), rock’n’roll dudni w głośnikach aż miło. Mijam policję, jadę przepisowo w terenie zabudowanym. Pewnie zdziwieni. Też zdziwiłem się jak szybko mi minęła podróż. Gdy rozpoczynałem jazdę w Polsce wycieraczki pracowały na pełnych obrotach, teraz pomykam sobie po suchych czeskich asfaltach. Drogowskazy “Rychlebské stezky” nawigują od początku przekroczenia granicy. W końcu widzę jakieś domki, parking, namioty i ogrom ludzi. Dotarłem.

Przełaj wzbudza uśmiech politowania na twarzach ludzi w pełnych kaskach i z amortyzatorem pod czterema literami. Jadą w przepoconych zbrojach, świeci milion poprzypinanych ochraniaczy na rękach, nogach i plecach… A ja… kombinezon czasowy, ogolona noga, wysoka skarpa, 32 milimetrowe oponki i kask. Życie bywa przewrotne.

Ścieżka Dr. Wiessnera (YouTube). Magia, magia, magia! Pierwsza misja i od razu z grubej rury: forsowanie potoku i próba nie wywalenia się do wody. Później spokojnie pnę się do góry pomiędzy drzewami na białych kamykach. Ciasne zakręty, obroty o 180 stopni, przeskakuję przez kamienie, głazy i drewniane mostki. Dojeżdżam do miejsca, które swoją aurą zauroczyło mnie do końca. Jadę po ciasnych drewnianych mostkach pomiędzy ogromnymi głazami z 10 procentowym nachyleniem. Jeden błąd i byłoby nieciekawie. Po prawej zauważam wodospad, proszę jakiegoś osobnika (ni to Czech, ni Polak) o zdjęcie. Ustawiam parametry aparatu i pokazuję mu gdzie nacisnąć spust migawki, bo dogadać się nie możemy w żadnym ludzkim języku.

Dr. Wiessner pobudza zmysły! Tylko trzeba uważać, aby z tej przygody wyjść cało, bo niebezpieczeństwa czyhają dosłownie za każdym głazem i śliskim mostku zawieszonym w powietrzu. Wielka szkoda, że wyższa sekcja (zwykły dojazd do Superflow) to typowa szutrowa droga pozbawiona miliona pięknych smaczków.

Znalazłem się na szczycie i przy wjeździe na Superflow zagaduje mnie pan z brodą. Oczywiście pretekstem były adnotacje na temat dziwnego roweru w tych okolicach, ale co się potem okazało… Michał z Torunia. To druga osoba spotkana dosłownie “gdzieś” z “okolic”. Nie znamy się, ale w niczym to nie przeszkadza, aby w ojczystej mowie pogadać zajadając się czeskim serem i frytkami. Ale to na dole, jeszcze nie teraz!

U góry wyjmuję aparat i robię zdjęcie błotniaka przed wizytówką Rychlebskich Ścieżek – osławiony Superflow. I swój status zawdzięcza znakomicie poprowadzonej trasie, pełnej ostrych nawrotów, z pięknymi widokami na daleki Jesionik w tle. O ile zeskoki pod Bielsko-Białą sobie darowałem, gdyż to byłaby prosta droga do samobójstwa na Starym Zielonym, tak tutaj doświadczam ich w bardziej cywilizowanym wydaniu. Kilkukrotnie zielony rowerek wyczynia akrobacje. Oczywiście niezwyczajny do takich ekscesów od razu przemija całe dwudziestoletnie życie mi przed oczami, ale wychodzę z tego cało. Adrenalina podniesiona do progu maksymalnego!

Muszę ochłonąć. Połączenie Dr. Wiessnera i Superflow na rowerze przełajowym niejednego doprowadziłoby do zawału. Wybieram stare ścieżki, od których zaczęła się budowa kompleksu (przynajmniej tak podaje Internet, czyli choć odrobina prawdy się w tym kryje). Są one położone na północ od głównej bazy. Ku mojego zdziwieniu wszystkie objeżdżam samotnie, nikt mnie nie wyprzedza, ja nikogo nie mijam. Wyglądają bliźniaczo do Smrekowych, zatem jak głosi stara prawda… Trudność reguluję prędkością. I zdolnościami do wygibasów na ciasnych zakrętach rowerka.

Jem żelki, jem banany, piję sok pomarańczowy w samochodzie. Drapię się po głowie i myślę… Pradziada odpuszczam, tutaj jest po prostu za fajnie. To co jeszcze raz? Dr. Wiessner? Ależ oczywiście!

Zbliżam się do wodospadu, zauważam siedzącą grupkę Polaków, bo doskonale słyszę ich śmiechy. Wjeżdżam po tych głazach, cuduję na mostkach, jednym słowem: szaleństwo. To samo stwierdzili, gdy mnie zobaczyli, aż jeden złapał się za głowę.

Tajemny. Wspominany Stary Zielony wczoraj mnie nauczył respektu do trudności szlaków, ale teraz miałem jeszcze ciężej. Niemal cały początek biegam, przeskakuję głazy i korzenie. Docieram do punktu, w którym stwierdzam: chyba największe zło za mną, mogę powoli jechać. I tak lawirując pomiędzy pionem, a rychłą wywrotką zjeżdżam bez pośpiechu w stronę bazy. Przeżyłem, ja chcę jeszcze raz!

Podczas wyjazdu widzę dwóch chłopaków machających rękami przy drodze. Zatrzymuję się i pytają się czy jadę do Mikulovic. No tak, jak chcecie podwózki to dawajta. Podobna przygoda trafia mi się przed Gliwicami. Niestety dziewczyna była totalnie zepsuta, lepiej nie wspominać.

W domu Mateusza mówię mu, że dziś nie będzie Wietnamu i Korei. Przeniesiemy się do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, czyli oglądamy mój ukochany Ładunek 200. Na trzeźwo się taka sztuka nie uda, czyż nie?

Nadszedł czas powrotu. Pakuję skrzynki na pakę samochodu, chowam poduszkę do fabrycznej torby podróżnej. Tak dziwnie wracać do siebie… W Bielsku-Białej zabieram parę z Blablacara – w trójkę bezpiecznie docieramy do Torunia.