Bydgoszcz Cycling Challenge 2017

Pierwsza edycja, imprezka na miejscu a i Sylwasa bardzo lubię. Zapisałam się od razu po ogłoszeniu całego wydarzenia. Czy żałuję, że wybrałam tylko czasówkę? Nie XD Nie nadaję się na wyścigi 😀 Tym bardziej, iż
na rowerze jeździłam w tym roku tyle co kot napłakał 😀 Na szczęście Przemas czuwał i opracował świetną taktykę, ale to zaraz 😛

Z rana pojechałam odprawić na start Daniela. Na wstępie miła niespodzianka, bo spotkałam poznanego w górach Sebastiana z narzeczoną! Pan ochroniarz nas wpuścił na środek trasy i we dwie dopingowałyśmy jak typowe wariatki swoich faworytów głośniej niż cała reszta razem wzięta  XD Za moment dołączył Paweł, atmosfera fantastyczna, nie inaczej 🙂

 

 

Ogromny podziw dla Sylwasa za to, że wziął udział we wszystkich kryteriach i jeszcze czasówka na deser. Między startami rozmawiał z fanami. Bez przerwy zabiegany. Zero odpoczynku przez cały dzień. Coś niesamowitego!

 

Po obejrzeniu trzeciej tury eliminacji pojechałam do mieszkania zjeść obiados! Jakimś cudem wbiłam się w mój ulubiony czasowy kombinezon lampre chociaż trochę ciasnawy był, nie ukrywam 😀 Zdążyłam też skiknąć do biedry po szybkie zakupy żeby było co zjeść następnego dnia. W obcisłym ubranku? Czemu nie? 🙂

Gotowa! Można jechać na start!

Spiknęliśmy się z Pawłem pod drzewem, super miejscówka. Gorąco było strasznie. Najpierw pogawędziliśmy, potem zaczęliśmy się rozgrzewać. Pan Mirek (tata Pawła) na rolkach, a ja wzdłuż przebiegu trasy na chodniku. Wspomnę, że mój dystans wynosił 10 km.  3 razy pętla pod górkę i z górki. Plan Przemka był taki, abym pierwsze wzniesienie przejechała na 75% siły, potem full gaz do końca. Na ostatnim podjeździe ewentualnie wstać z siodełka gdybym czuła, że tracę. Na zjazdach oczywiście nie zapominać pedałować XD OK! Paweł mi zrobił pyszne picie do bidonu, pan przez mikrofon mówi, że można wchodzić bez kolejki to na co jeszcze czekać!

Pierwsza nawrotka i ‘ojej jak wieje’ 😀 No nic! Haha 😀 Zaraz górka i jeszcze większa pompa XD Jak to mówią pierwsze koty za płoty! W dół masa pomagała, a największa radość była jak widziałam i słyszałam moje mordeczki kochane <3 Śmiesznie, bo zawsze po przeciwnej stronie mijałam się też z Werką i krzyczałyśmy do siebie na odległość 😀 Podczas drugiego podjazdu serce mi gardłem wyskakiwało, ale na dole kolejny zastrzyk energii i za trzecim razem tylko sobie powtarzałam w głowie w kółko ‘mama, Mario, Kendi, Przemas, Pawcio’ wstałam na nogi, trochę pojękiwałam i kręciłam dalej XD Ostatnia prosta, sprint i od razu w objęcia do najwierniejszej trójki kibicujących chłopaków! 😀

 

 

Mega pozytywnie się zmęczyłam. A no i na podium z Werką też byłyśmy, same wlazłyśmy ^^ Nawet nie wiedziałam ostatecznie która byłam, bo nie widniałam na liście wyników 🙂 Po dekoracji każdy się rozszedł w swoją stronę. Miło będę wspominać ten dzień, bardzo miło. Dużo dobrego się wydarzyło.

 

 

Podziękowania

Mario – bez silniczka bym tak dobrze nie pojechała haha 😀 dzięki za kciuki! <3
Kendi – za mega pozytywne naładowanie Twoją energią! <3
Przemas – taktyka mistrzowska! Bez Ciebie by się nie udało! Dzięki! <3
Paweł – jesteś super po prostu! Dziękuję za doping, towarzystwo, okulary mocy i foteczki! <3
Olga – za to, że specjalnie wpadłaś kibicować ze skręconą nogą, kochana! <3
Mama, Ags, Angel, Zuz, Pawlix, Seba, Wera, Daniel – dziękuję za wsparcie mentalne i kciuki!

No bo się jednak okazuje, że jestem trzecia 🙂
Strava