Romantyczne 7 kilometrów

Wnikliwa obserwacja nigdy nie będzie powszechna. Obserwacja czegokolwiek. Innych ludzi, wypowiadanych słów, grymasów na twarzy po przejechaniu kilku kilometrów w górę.

O zaplanowanej trasie nikt nie wie, przypominam sobie o niej i się głupio uśmiecham. Przez tydzień odwiedzam niby przypadkiem, niby celowo kilka miejsc, które mają szczególne znaczenie na mapie. Za każdym razem ponoszę osobistą porażkę. Tu śnieg, tam śnieg, a jeszcze indziej nawet samochody nie mogą wjechać. Kendi też jest pod ścisłą obserwacją, bo wydaje mi się jedyną osobą chcącą zrobić coś szalonego z kilkunastu zebranych.

No i wybrałem. Osobę, której znam jedynie imię i nazwisko. Podjeżdża świetnie i nie gada w czasie jazdy. Chłopak goli nogi, a to już argument nie do pobicia. Szybka rozmowa: “Chcesz jechać?” “Ile?” “Siedem kilometrów.” “ILE?” “Siedem kilometrów.” “Eeeee, no dobra, wchodzę w to.”

Idę spać o drugiej, wstaję przed piątą. O pełnej godzinie Kendi wchodzi do pokoju, w samych spodenkach, na twarzy zmęczenie i podkrążone oczy. Odpuszcza interes. Pewnie wyglądam na mocno zdziwionego, czuję nagłe osłabienie. Kinga daje mu kopa w dupę. “Masz nie odpuszczać. Ubieraj się, doprowadź się do porządku jak człowiek i wsiadaj na rower.” Tak się zaczął piękny, słoneczny dzień.

Nie podjeżdżamy pierwszej przełęczy do końca. Doskonale wiem, że to niemożliwe, przecież byliśmy na Karkonoskiej jeszcze kilkanaście godzin temu. Wchodziliśmy na szczyt po lodzie ciągnąc rowery za kierownicę, śmiejąc się ze siebie nawzajem.

Pytam się “znasz Jelenkę?”. “Nie, nie podjeżdżałem”. “No to cho”. Kilka dni temu zatrzymałem się niemal na samym początku, pokonany przez zaspy śniegu. Widocznie ktoś musiał się przedzierać śniegowym odrzutowcem na gąsienicach. Pozostawił po sobie bruzdy, wyżłobione w śniegu dwadzieścia centymetrów ledwo widocznego asfaltu. Jedziemy, jeden po lewej, drugi po prawej stronie. Czasem schodzimy z rowerów, aby mocząc buty w topniejącym śniegu przeprowadzić jednoślady trochę wyżej. Przecież tutaj trzyma non stop 15 procent, jak nie więcej. Jedziemy po śniegu mijając niekiedy piechurów. Pierwsze szaleństwo dnia! Znaleźliśmy się na wysokości pozbawionej drzew osłaniających ścieżkę. Kendi, jesteśmy uratowani! Mamy asfalt, nie widzimy szczytu i to nas pcha do jego zdobycia.

Największa niewiadoma dnia. Nikt w tym roku nie wjechał rowerem na Modre Sedlo. Nikt. Chcemy być pierwsi. Kiedy jemy drugi obiad? Przed czy po szczycie? Jednomyślnie mówimy: “najpierw góra, jedzenie poczeka”.

Pedałujemy. Oszczędzamy siły na dwudziestoparo procentowych ściankach pokrytych lekkim śniegiem, przecież pokonujemy 4 górę, a budzik pokazuje 10-11 rano. Coraz więcej śniegu, zaciskam zęby. Spotykamy kilku traperów, pytamy się czy im wyżej tym gorzej. Tak myślimy, ale miła pani wyprowadza nas z błędu. “Chłopaki, jeszcze 200-400 metrów i będziecie mieli mokry asfalt, ale bez śniegu”.

Dojeżdżam do hotelu, upragnionego miejsca w którym kończą się drzewa. Wszędzie śnieg. Zaspy białego śniegu, a ja sunę po czarnym asfalcie. Mija mnie olbrzymi pies, obawiam się, że ważący tyle co ja lub więcej. Dołącza Kendi, czas zobaczyć co przyniesie finalny kilometr.

Zachwyt! Zachwyt! Zachwyt za zachwytem!

Jedziemy się obok zaspy śniegu, która rośnie wraz z każdym pokonanym metrem. Po prawej stronie rozpościera się widok na całą dolinę. Kolejne szczyty przysłaniają chmury, z resztą jedna zaczyna nas powoli i sukcesywnie wchłaniać. Docieramy do miejsca, w którym czujemy się, jakbyśmy znaleźli się na końcu świata. Widzimy przed sobą kawałek drogi, wszystko inne spowija mleko chmury.

“Zrób mi zdjęcie takie o, jo?” “A ty mi takie.” I śmiech. Nieustanny śmiech, którego nikt poza nami nie słyszał – ciężko znaleźć żywą duszę pomiędzy zaspami śniegu w chmurze powyżej 1,5 kilometra nad poziomem morza.

Zjeżdżamy, prawie dziesięć kilometrów trzymając klamki hamulców. Niekiedy schodzimy z rowerów, aby w dolnych partiach nie posmakować śniegu zmieszanego z krwią w ustach.

Na Czarnej Górze pierwszy raz czuję chłód. Ubranie i buty przemoczone, dookoła śnieg i kilka stopni na plusie. Na szczycie wita nas opuszczone od dawna schronisko z wybitymi szybami. W środku ozdobione graffiti. Pamiętam, że będąc tam latem zakładałem bluzę do zjazdu, aby poczuć się komfortowo. Teraz przecież mam i bluzę i kurtkę zimową, a to nic nie pomaga…

Przed nami przedostatnia góra, najdłuższy, dwudziestokilometrowy podjazd. Trzy czwarte łykamy bez większego wysiłku, jedynie w głowie robi bałagan wypadek dwóch dziewczyn. Bliskie spotkanie samochodu z drzewem na zakręcie. Całe szczęście, że są całe. Nie chcą pomocy, właśnie ktoś do nich zmierza. No nic, kontynuujemy zabawę w podjeżdżanie.

Osiągam wzrokiem szczyt. Chwila, gdzie on jest? Jesteśmy dosłownie pod chmurą, wjeżdżając tam liczymy się z deszczem. Kolejny raz tego dnia korzystamy z wrodzonego szczęścia, widoczność zerowa, pod kołami poniemiecki bruk, ale jedziemy mokrzy jedynie od potu.

W lato byłoby późno, wczesną wiosną jest bardzo późno. Zmrok i noc w Młynie. Mijamy oświetlone mostki na rzeczkach, ulice bez ludzi, ławki nad wodą bez zakochanych. Wjeżdżamy pomiędzy drzewa, nie widać nic poza naszymi śmiesznymi lampkami. Po godzinie jesteśmy obok schroniska Odrodzenie, którego nie widzimy. Zapalamy latarki w komórkach (przynajmniej się przydały do czegoś sensowego). Pytam się Kendiego “co my robimy ze swoim życiem? Za niedługo północ, a my schodzimy z dwudziestoprocentowej przełęczy po lodzie nie widząc dosłownie nic i błagając los o brak wywrotki.”

Na koniec rzuciliśmy się w nasze ramiona ze szczęścia.