Wszyscy na Smedavę!

Ogarnięcie większej liczby osób niż “jeden” wymaga apodyktycznego podejścia. Toteż bez większych emocji ogłosiłem wyjazd o godzinie X. Inni mieli ustalić trasę, mi wystarczyło, że prowadziłem grupę dzień wcześniej na smrekowych leśnych ścieżkach. Zdecydowanie lepiej się zaskoczyć fajnością trasy niż rozczarować (bardzo, ale to bardzo nieadekwatne słowo do sytuacji). Dawno temu wyleczyłem się z pozytywnego nastawiania do chwil, które planujemy. Podczas jednej z rozmów określanych jako “te długie dyskusje” Pingwin uznał to za rzecz… tak prostą i wspaniałą, że aż niezwykłą. Nie wiedziała, że tak można. Niczego nie oczekiwać od przyszłości.

Mniejsza o podejście, tu chodzi o śmieszną grę w podjeżdżanie. Zaczęliśmy z identycznie jak dnia poprzedniego, tym razem w większej grupie. Druga objechała bokiem izerskie hopki, aby przed granicą z Czechami być w jak największej świeżości. Wydarzyła się rzecz bardzo niestandardowa jak na dzisiejsze czasy, gdyż zjechaliśmy się w jednym punkcie… bez większych telefonicznych ustaleń. Małe skrzyżowanie, a za rogiem dostrzegliśmy dziewczyny i kilku chłopaków z naszej trójmiejskiej (Poznań, Toruń i Kraków) ekipy.

Od tego momentu jeździłem w parze z Kingownią aż do samego końca. Zawsze pod koniec grupy, nie przyspieszając zanadto, w takich chwilach wszystko co szybkie jest niepożądane. Z pewną dozą współczucia patrzymy na tych, którzy chcą udowodnić coś innym bardziej błaźniąc się, niż imponując.

Byłem tutaj trzeci raz, ale dopiero pierwszy raz podjeżdżałem Smedavę. Nie znając trasy kompletnie nie wiedziałem co się czai za kolejną patelnią, kiedy znowu zbraknie mi kasety na zjeździe i kiedy będzie można zatrzymać się na batona.

Po zjedzeniu obiadu pod skocznią pojechaliśmy w trójkę (ja, Kinga i Paweł) do tunelu. Może i nie imponuje długością, nie zachwyca białymi skałami, ale jest swojski. Takie miejsce, które odwiedza się za każdym razem i za każdym razem jest inaczej. Przejeżdżałem go samemu w upale i deszczu, a teraz z dwójką osób przy aurze pięknego słoneczka.

I co Mariusz, “rozczarowałeś się”? Wręcz przeciwnie.