Singltrek pod Smrkem z ekipą

Panie i panowie, plan jest prosty: przyjeżdżacie do Świeradowa samochodem i wypożyczacie rowery. Ja natomiast dojadę na miejsce rowerem z Kendim, Wojtkiem, Pawłem i typowym Sebą. Przed parkingiem rozdzielamy się na dwie ekipy: szosowcy eksplorują czeskie drogi, a my będziemy mieli do przejechania ponad 60 kilometrów wokół Smreka. Wszyscy zgodnie pokiwali głowami, nic prostszego: wysiąść z samochodu i zrobić luźny dystans. Kompletnie nie wiedzieli w co się wpakowali!

Pierwsze problemy zaczęły się po 15 kilometrach, gdy odłączył się Wojtek z Pawłem. Ciężka czasówka izerska weszła w nogi, jednak umówiona godzina sprawiła, że z poznaniakami podkręciłem tempo, aby nie przegapić otwarcia wypożyczalni. Dwa tygodnie wcześniej zabrałem od wszystkich wymiary oraz preferencje dotyczące pedałów. Uzgodniłem ze sklepem już e-mailowo, kto jaki będzie miał rower. Przynajmniej takie miałem myśli…

Przyjechaliśmy. Ostatnie metry były już wyczerpujące, chociaż nogi wykręciły dopiero 30 kilometrów. W głowie pałętała się jedna myśl: “Tylko oszczędnie. Rok temu przejechałeś wszystkie single i doskonale pamiętasz ile to kosztuje wysiłku.”

– Dzień dobry panu, mam na imię Mariusz i byliśmy dogadani na pięć rowerów. Dwa takie, trzy takie. Gdzie je możemy odebrać i o której musimy zwrócić sprzęt?
– O naprawdę? Ciekawe…

Niedobrze, bardzo niedobrze. Godzinę czekaliśmy aż nieporadna obsługa złożyła do kupy kilka rowerów. Słaby początek dnia, my się nie przejmujemy. Najwyżej odpuścimy jedną ścieżkę.

Mariusz dobra rada tako rzecze: wiem, że wszyscy tutaj zabrani to szosowcy. Ale nie jeździmy centymetr od koła osoby przed nami. Dużo hamowania, dużo przyspieszania. Ale najpierw idziemy zrobić siku!

I mieliśmy pierwszy popis umiejętności technicznych w lataniu w postaci fikołka Adama. Śmiech na twarzach wszystkich, w końcu nic się nie stało.

Wjeżdżamy! Zabawa rozpoczęta!

Zajęcznikowi brakuje uroku, którego doświadcza się u naszych sąsiadów, ale jest świetnym wprowadzeniem w klimat. Mamy nagłe zwroty akcji w postaci zakrętów o 180 stopni, mamy kilka mocnych przyspieszeń, kiedy lecimy prosto w dół, trzeba się też dwa razy mozolnie powspinać. Pytam się: jak wrażenia po pierwszym kilometrze? Słyszę w odpowiedzi: fajowo! Nie pozostaje nic innego jak dalej “tak fajowo” pedałować.

W międzyczasie zauważałem coraz większe zmęczenia towarzystwa. Może nie chłopaków, ale dziewczyny widocznie zwalniały. Robiliśmy coraz częściej przerwy. Zaczął padać deszcz, toteż schroniliśmy się w budce, na początku i końcu ścieżki jednocześnie. Naszła nas głęboka refleksja: mamy tyle i tyle czasu, a przejechaliśmy SIEDEM kilometrów. SIEDEM. Spróbujemy dobić do prawie 30 kilometrów, nie więcej. Damy radę? No jasne!

Czarny szlak może i jest nieco trudniejszy, ale o wiele piękniejszy. Wymagał więcej skupienia, pojawiły się skarpy, z których lepiej się nie staczać w dół oraz głazy, które lepiej rowerem ominąć. Zabawa trwała w najlepsze, a błoto dostało się we wewnętrzne części ubioru. Jak? Nikt tego nie wie!

Po wszystkim szczęśliwa piątka wytrzepała brud z ubrań i przebrała się w coś czystego. Ja, cały w syfie wracałem do domu rowerem. Identycznie jak kilka miesięcy temu z uśmiechem na twarzy.