Poznań w ogniu


Toruńskie profiki


Przemek do mnie napisał na Fejsie z zapytaniem czy chcę wspólnie pojeździć. No jacha, że chcę! Oczywista oczywistość. Wyjechałem z Torunia w jego kierunku, spokojnie, bez pośpiechu. Gdy się spotkaliśmy mniej więcej w połowie drogi dowiedziałem się, że jeszcze dołączy Łukasz i Rafał. Było to miłe zaskoczenie, nie chciałem jechać tylko we dwójkę z prostego powodu. A mianowicie… Siedząc na kole kolegi kompletnie nie idzie gadać. Nie widzę żadnej różnicy pomiędzy “taką jazdą”, a samotnym kręceniem.

Rafał opuścił nas dość prędko, toteż mogłem dowolnie wybierać osobę chroniącą mnie przed wiatrem.

A o czym rozmawiają zawodowcy? Czemu Sep Vanmarcke nie zaatakował, tylko czekał aż do sprintu na Omloopie. Równie dobrze zamiast Piotra i Grega mógł tam być Kittel i Greipel, na jedno by wyszło. W sumie miałem identyczne odczucia podczas oglądania ostatnich 20-paru kilometrów wyścigu. A tak poza tym… życie. Zgrupowanie koło Barcelony lub coś o imprezie. Przemas nigdy nie zwiedzał radioteleskopu w Piwnicach, obok którego przejeżdżaliśmy – w lato się go tam zabierze! Trochę astofizyki nie zaszkodzi. Sam obiekt robi ogromne wrażenie, zarówno “centrum dowodzenia”, jak i niby zwyczajne stanie pod ogromnym talerzem. Są i inne rzeczy, np. stary radioteleskop czy kilka optycznych. A czy trzeba kogoś zachęcać, aby pobawić się największym w Polsce teleskopem optycznym?


Poznań w ogniu


Znowu pojechałem na koncert do Poznania rowerem. Ale było inaczej niż zwykle!

Po pierwsze: Nie wstałem o 5 rano, tylko o 3 rano.

Po drugie: Z racji wyjazdu 17 minut po godzinie 4 było jeszcze ciemno, zatem przez pierwsze 60 kilometrów trzymałem się z dala od dróg uczęszczanych przez samochody. Trochę lasami  pośród wydm (tak, tereny pomiędzy Toruniem a Ciechocinkiem to wydmy), trochę pośród wiosek. Przed Inowrocławiem spotkałem pierwszego żywego człowieka na drodze, jechał jakiś starszy gościu na motorze. Podczepiłem się pod koło i przez kilka miłych kilometrów leciałem sobie luzacko nie męcząc się w ogóle. Pomiędzy Pakością a Inowrockiem obowiązkowy przystanek na stacji, aby doprowadzić ciało do komfortu termicznego, a przy okazji wypić dużą kawę. Zaczynało przepięknie wychodzić słońce, dopiero od tego momentu jazda była prawdziwą przyjemnością. A przede mną prawie 150 kilometrów. Mówta co chceta, ale kolejka z wapnem w Janikowie oraz ichny przejazd przed jezioro są śliczne, zwłaszcza w godzinach porannych.

Po trzecie: Co jeszcze było nie tak? W Pobiedziskach dojechał do mnie Wojtek, aby trochę mi pomóc walczyć z wiatrem. 160 kilometrów jazdy pod wichurę, a końca nie widać. Spytał się mnie z jaką prędkością jechać, odpowiedziałem zgodnie z odczuciem: trzymaj 33 km/h to dam spokojnie radę. I tu zaskoczenie, gdyż silny Wojtek okazywał czasem oznaki słabości. Z tej strony ciebie nie (po)znałem! Oczywiście tego nie można brać na poważnie, wiatr był okropny, a ja i tak byłem wniebowzięty, że ktoś mi pomaga dotrzeć do celu.

Po czwarte: minąłem w Swarzędzu sławne krzesło, ale nie skręciłem do domu Sławka. Pojechałem dalej do Poznania na herbatę do Pingwinka. Po 190 kilometrach walki z prądami powietrznymi mogłem w końcu usiąść wygodnie przy stole i cieszyć się herbatą w kubku bez ucha. Tradycyjnie dostałem wełniany pokrowiec, aby móc podnosić go bez poparzenia ręki. Magiczna kartka od Meli Koteli dla Pingiwnka dostarczona. Byłem tak przejedzony “rowerowymi” słodkościami, że odmówiłem otwarcia czekolady. Tak, to ten stan, kiedy ma się ochotę na coś konkretnego. Pojawił się pomysł zapiekanek. Dziwne, bo bez sera, ale dały radę. Mimo wszystko, Pingwin nie dał za wygraną i wyjął z zamrażalki truskawkowe lody. Słodkiego stało się zadość.

Po piąte: kontrolowanie godziny to nie moja bajka. A jednak co 10 minut spoglądałem na zegarek, bo gonił mnie nieubłaganie czas. Czas pożegnania, opuszczenie Poznania i zawijanie do Swarzędza.

Po szóste: ponad 210 kilometrów w nogach, a ja nie czułem większego zmęczenia. Normalnie rzuciłbym się na wypieki z piekarnika, które przygotowała mama Sławka, ale stwierdziłem, że poczekam na wszystkich. Posiedzieliśmy we dwójkę, dojechał Wojtek. Jak to w kolarstwie bywa, w plecaku musiała być tajemnicza przesyłka. Musiała poczekać do zjedzenia obiadu.

Po siódme: chyba nigdy mi się nie zdarzyło obalić we dwójkę flaszki Whisky w kilkanaście minut. Przygotowanie do koncertu wzorcowe!

Po ósme: koncert w Obornikach. Jeszcze 40 minut temu nikt nie wiedział zbytnio gdzie to jest, tylko istniało w głowie “gdzieś koło Poznania”.

Dziewiątego być nie powinno. Bo normalną rzeczą jest, że na koncercie człowiek się bawi przednio. Byłem bardzo zszokowany publicznością, kukły, drewno i manekiny. Niektórzy wyszli przed bisem. Aż nie do wiary, w poznańskim zamku czy w Bydgoszczy tłum osób tworzył zwartą całość, przeżywając muzykę od początku do końca. Dziwne mają zwyczaje w Obornikach, ot tyle.

Dziesiąte też jest normą: kilka godzin snu i powrót do domu. Wyszło prawie 400 kilometrów rowerem na jakieś 8 godzin snu pomiędzy piątkiem a niedzielą. Jedno słowo: intensywność.

Nie zrobiłem kilku rzeczy: nie mam żadnych zdjęć. Po prostu nie było kiedy. Jadąc do Poznania chciałem dotrzymać słowa i dotrzeć w okolicy godziny 12-stej do mieszkania Pingwinka, o 15-stej być u Sławka, o 19-stej w Obornikach, przed północą iść spać i o 5 wstać, aby około 13-stej być z powrotem w Toruniu.

Ciężko w ten terminarz wcisnąć zobaczenie kota Kate. Ale to dobry powód na odwiedziny ekipy, której bardzo dziękuję (już który raz?) za przyjęcie, jedzenie, nocleg oraz miłe rozmowy. Szczerze doceniam.