Dwa miesiące życia jak kot

No jo. Zdjęcia z sierpnia dodaje pod koniec stycznia.

Przez ostatnie dwa miesiące nie robiłem nic poza słuchaniem muzyki z Szwecji, Norwegii i Islandii. Trochę kłamię, nieprawda i bujda na resorach, bo odwiedziłem Szymona. Po śmiechowych rozmowach na wielkim telewizorze puściliśmy japońskie koty, które wskakują i zasypiają w pustych kartonach. W ogóle, Szymon zmienia swój stan cywilny, gratulacje dla niego! W końcu poznałem Aśkę, o której wspominał mi przez trzy lata. I ichnego wielkiego, kudłatego Borni Borna!

Kocur jak spał tak dalej śpi, Borni Born miał operację, a ja w środku zimy schudłem kilka kilogramów. Zbliżyłem się do wagi z zeszłego lata (kiedy robiłem miesięcznie po prawie 2 tysiące kilometrów), co nie jest zbyt dobrym posunięciem pod koniec stycznia. Jedynym moim ogrzewaczem pozostały włosy na głowie, których nie ścinałem od dawien dawna. Jeszcze trochę i będę miał za długą grzywkę. Brakuje tylko koszulek z dekoltem i za ciasnych spodni.

Pomimo (niechcianych) ubytków na wadze na torze całkiem spoko daję radę. Z panem Andrzejem podjęliśmy decyzję o zmianie roweru z numeru czwartego na jedynkę. I to był strzał w dziesiątkę, rama 48 o wiele lepiej mi pasuje. Po prostu muszę brać najmniejszy rower z najmniejszych, nie ma co cudować.

Za tydzień kolejny koncert i prawdopodobny powrót na przełaja po 2 miesiącach bez jeżdżenia po lasach. Będzie trochę odchudzony (a jak inaczej), połowa napędu zdemontowana. Potem tor z Agatą, Kate i Sławkiem. W końcu w towarzystwie! Będzie opijanie pozyskanie nowego inżyniera w izbie. Na początku marca znowu Poznań i koniec trasy koncertowej. Kurczę, muszę zawieźć Pingwinowi tajemne wiadomości od Meli. W piątek doszły do mnie (w końcu!) od niej prezenty… świąteczne. Ach, typowa poczta.


Gdy ponownie przeglądam fotki z sierpnia przypomina mi się kilka rzeczy:

  • Przejechanie prawie 100 kilometrów bez odwiedzin w żadnym sklepie. Wszystko pozamykane, zapasy wyczerpane na samym początku. Gdy (prawie) dojechaliśmy na szczyt drugiej góry udało się nam zdobyć kilka czekolad i żelki. Zjedliśmy wszystko od razu, jakbyśmy nigdy Milki nie widzieli…
  • Kilkukrotne potwierdzenie, że chcemy 3 obiady. Niektórym ciężko uwierzyć, że można tyle zjeść.
  • Pokazałem Sławkowi szutrowy podjazd gdzieś w środku lasu (3 górka tego dnia). I było fajnie, pomimo znacznego nachylenia i ślizgania się po piachu.
  • Bunkry, a raczej ich pozostałości.
  • Kolejne pęknięcie szprychy, które uniemożliwiło mi powrót do Polski. Musiałem wracać samochodem.
  • Uczucie pięknie wykorzystanego dnia!

Kinga z Danielem: