Uliczni huligani! :o

Pierwszy tydzień wolnego w domu minął mi jak jeden dzień.. Najpierw sprzątanie, później siłka i 3 razy pod rząd na rowerze z ekipą. Tylko co z tego, że jeżdżę, skoro świąteczne smakołyki powiększyły mnie o 2 kilo? XD Od jutra wracam systematycznie do ćwiczeń, będę więcej biegała i mniej jadła, obiecuję 😀

Jak wcześniej pisałam nie wyczekiwałam święta upamiętniającego narodziny Jezusa Chrystusa, bo wierząca nie jestem, tylko marzyłam o spędzeniu czasu z rodziną i spaniu we własnym łóżku. Póki co plan realizuję w 100%, albo połowie.. nauka też wchodziła w grę, a książek jeszcze nie otworzyłam ;/

Oprócz Szczecina, czyli kuzyna z dziewczyną wpadł też na 2 dni Danio. Według mamy do rodziny już się wpasował, a brat nie omieszkał nadać sobie tytułu szwagra 😀 Co się musiał Mariusza nasłuchać oraz moje foszki znosić podczas przebywania tutaj to jego ^^

Dzisiejszego poranka jak zwykle leniwie zebraliśmy się z łóżka od razu na śniadanie i zaraz po napełnieniu brzuchów chłopacy zaczęli się zbierać na rower w kierunku swoich domów. Obowiązkiem moim było ich odprowadzenie, lecz dołączyła także mama. We dwie zrobiłyśmy nawrotkę w Dobrzejewicach, ale na krzyżówkach w Mazowszu doszło do kolejnego podziału. Ruszyłam solo na podjazd we Woli. Prędkość w górę, tętno też. Czuję dobrze człowiek. Nie wracam jeszcze, jadę dalej.

 

Chciałabym tak skończyć wpis, ale obiadu nikt za mnie nie zje..
Znane rewiry, z tyłu słyszę ‘bwmmmm bwmmmm’, co za debil nie może wyprzedzić? Patrze w tył, moje moordy kochane! Podjechali, pogdali, pośmiali, pofocili no i standardowo – ‘Kinia dawaj, ścigamy się na prostej i widzimy na koszach!’. Trochę czasu jeszcze zeszło, ale na nich mi nie szkoda 😉