Wigilijnie z Wojtem i na kole Przemasa

Przyjechałem do domu i co? Trzeba wyskoczyć na rower!

Napisałem do trzech osób, kto by chciał pojeździć w czwartek, przed wigilijnym obiadem. Przemek miał w planie siłownię, drugi Przemek mocną jazdę, a Wojtek chyba nie miał żadnych pomysłów i się zgodził od ręki. Nigdy wcześniej wspólnie nie jeździliśmy (nie liczę zawodów MTB w Golubiu), więc czemu nie?

Plan jazdy na totalnym luzie zrealizowaliśmy w stu procentach, z resztą średnia gdzieś koło 20 km/h to doskonale potwierdza. Całą drogę przegadaliśmy, w sumie to bardziej Kinga z Wojtkiem, bo nadawali jak najęci, a ja po prostu słuchałem, czasem wtrącałem do wątku własne przemyślenia.

Pogoda nam dopisała, co widać na załączonych zdjęciach. Piękna wiosna tej zimy! Nie było ani zimno, ani mokro, aż trochę mi było szkoda, że zrobiliśmy tylko 56 kilometrów. Jednak następnego dnia miałem jeździć z Przemkiem, a wiedziałem, że nie będzie lekko, więc wolałem się oszczędzać. 😉

W piątek po siłowni Przemek wskoczył na rower, a ja się do niego dołączyłem. Oj, to było ciężkie! Cała trasa wyniosła 90 km, dystans nawet konkretny jak na tę porę roku.

Na początku starałem się jechać obok Przemka, ale w Działyniu zrezygnowałem z tego samobójczego pomysłu i wskoczyłem na koło. Im więcej rozmawiałem (albo próbowałem coś odpowiedzieć) tym coraz gorzej się zapowietrzałem. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak szybko jeździłem, cała jazda była najeżona małymi hopkami i zjazdami, więc łapałem kilka oddechów, a za chwilę zaczynała się szybka, intensywna wspinaczka. Brakowało mi tego! Serio! Może to dziwne, ale przyjemnie było znowu poczuć palenie od wewnątrz, wojna w głowie niesamowita. Nic nie zastąpi takiego zadowolenia po skończonej wycieczce. Kiedy następny raz? Może coś koło sylwka – kto wie? 😉