Świątecznie, czyli bombkowo

Co jak co, ale ferii świątecznych wyczekiwałam bardzo. Nie chodzi o klimat, bo tego od dawna nie czuje. Chciałam po prostu wrócić do domu, pobawić się z kotem i spać we własnym łóżku.
W piątek po ćwiczeniach anatomii w prosektorium od razu na ciapociąg do Torunia, popołudnie z Danielkiem <3, a wieczorem mikołajkowe zakupy z mamą.
Całodniowe sobotnie sprzątanie wynagrodziłam sobie oglądając z braciszkiem “Thereabouts 2”. W roli głównej wystąpił Taylor Phinney, kolarz grupy BMC. Nie interesowałam się nim wcześniej jako sportowcem, ale za stylówkę oraz zdolności aktorskie daje mu 15/10 XD
Film obrazuje od podszewki roadtriping po Kolorado czwórki fajnych chłopaków, polecam!
<jak zdobędę linka wrzucę i pokaże mój ulubiony fragment ; p>

Niedziela! Najwyższy czas na rower!
Zapowiadało się ciężko. Mario zaplanował podobną trasę do 15 etapu TdF. Wiedziałam w co się pakuję i wiedziałam, że będzie bolało. Praktycznie 2 miesiące bez roweru 🙂

Kiedy wstałam rano czułam, że nogi są nie takie jak trzeba. To nic.
Zbieraliśmy się długo, bo przyszli goście na urodziny mamy i to był ten moment kiedy trzeba było jeszcze zjeść! A nie jak w moim przypadku pić tylko herbatę.
Na początku pomimo wysokiego tętna czułam się dobrze. Brakowało mi tego.
Śmiechową akcję mieliśmy. Zaczął gonić nas pies. W kilka sekund spieliśmy poślady i suneliśmy 45 km/h 😀
W miarę jak rosło przewyższenie traciłam energię. Mario robił co mógł, pchał mnie pod górki, wspierał. Doszło do takiego kryzysu, że chciałam żeby mnie zostawił i wrócił samochodem. Oczywiście tego nie zrobił. Wierzył do końca, chociaż przed oczami miałam mroczki, głowa spadała dół, a ręce rozjeżdżały na kierownicy.
Kolejny raz zatrzymaliśmy się na przystanku. Stwierdziłam, że bez jedzenia dalej nie dam rady. Nie wiedzieć czemu nie wzięliśmy ze sobą ani szamki, ani pieniędzy. Ostatecznie zapukaliśmy w drzwi najbliższego domu. Od przemiłej pani dostałam kanapki z szynką oraz cukieraski na drogę. Tak, są jeszcze kochani ludzie 🙂
Ja odżywałam, Mariusz powoli słabł.
30 km do domu. Udało się wytrwać.
W takich momentach fajnie jest mieć super brata 🙂
Nie poddawajcie się!