Lecimy na Kanary!

Lecimy na Kanary!

Święta to czas rodzinny. Dlatego zabrałem mamę, siostrę i Macieja na Gran Canarię, aby znaleźć się jak najdalej od opłatków, kolęd i całego religijnego zgiełku.

Pewnego sierpniowego poranka wstałem, zagotowałem herbatę, pomyślałem sobie: co by tu kupić, może jakiś bilet lotniczy? Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Od razu wykonałem telefon do zakochańców: słuchajcie, lecę z mamą na Kanary, zabieracie się? Po kilku godzinach dostałem pozytywną odpowiedź, zatem wykupiłem 4 bilety i odwrotu już nie było.

Przelot nieznośnie dłużył się, nie mogłem zasnąć, mimo wszystko fajnie było zobaczyć w okienku portugalskie wybrzeże oznaczające koniec Europy i znalezienie się nad czystym oceanem. Kilka godzin później dostrzegłem wulkan Teide – to znak, że za chwilę lądujemy!

Wpakowaliśmy bagaże do samochodu i kilka minut później znaleźliśmy się w domku Pedro. Ekwadorczyk, który postanowił zamieszkać na Kanarach, od razu się polubiliśmy, tym bardziej, że ma kota! Piękny apartament z patio pod gołym niebem, w którym ulokowaliśmy rowery po uprzednim złożeniu.

Spać.

Pobudka.

Kto nie przestawił zegarków? WSZYSCY! Pobudka w środku nocy, o co chodzi, miała być 6 rano a nie 4. No już nikt przecież nie zaśnie, wraz z pierwszymi promieniami słońca wjeżdżamy na kanaryjskie szosy.

Kinga dzielnie pokonuje wszystkie 25 procentowe ścianki, przejeżdżamy pod mostem. Zaczekajcie – mówię – wjadę tam i zrobię zdjęcie od góry. Cyk i wychodzi zdjęcie dnia, a przecież ledwo się rozpoczął. Zobaczcie jaka palma, jedźcie tylko powoli… Ustawcie się tak… Ustawcie się trochę inaczej…

Na wulkanicznym szczycie opieram rower o wulkaniczną ścianę. Nadjeżdża mama, Kinga postanawia spędzić z nią resztę dnia, a my pędzimy już w dół w poszukiwaniu przygód.

Zatraciliśmy się z Kendim w tym szosowaniu. A skręćmy tutaj, a teraz tam. Zrobię ci zdjęcie, ale muszę wejść na stary mur. Za niski jestem, pomóż (wchodzę mu na plecy, jakoś się udaje!).

Mija mnie i Kendiego mój wymarzony samochód: Subaru Impreza z rykiem godnym najstraszliwszego potwora z japońskich filmów grozy. Ach!

Gdy się zrobiło naprawdę ciemno powiedzieliśmy dość na dziś, jutro też jest dzień.

Tak spędziliśmy Wigilię. Najlepsza w moim życiu.

Przesadzamy rośliny!

Pierwsze w życiu atakowanie szczytu Pico de Las Nieves. Co najgorsze dla Kingi: może to i bardzo krótka wersja wjazdu, ale za to najbardziej stroma. Coś za coś.

Pomimo wszystkiego, początek był bardzo spokojny i przyjemny. Wąwozy, klify, widok na ocean. Kręciliśmy pośród pustej przestrzeni przypominającą pustynię, tutaj Kinga wpadła na pomysł, aby zebrać i przemycić kilka egzotycznych roślin do domu. Niektóre z nich mają się dobrze i rosną jak na drożdżach!

Zatrzymujemy się blisko małych roślinek, wyrywamy kilka, wsadzamy do bidonu.

Im dalej w las tym ciężej dla Kingi. Blisko 30 procentowe ścianki, słońce wysoko nad horyzontem i brak sklepów z wodą. Powoli, bez pośpiechu docieramy na sam szczyt, skąd widać majestatyczny wulkan Teide na Teneryfie. Dostojnie otoczony chmurami karmi oczy swoim ogromem.

Kinga proszę, nie wyprzedzaj mnie podczas zjazdu, tutaj jest naprawdę niebezpiecznie. Ja mam tarcze, ty nie. Damy radę, tylko wszystko z głową!

Na co komu bluzy na Kanarach? Teraz już wiem – gdy zjeżdża się po nieoświetlonej części wyspy do domu może być chłodno. Nawet bardzo, w myślach tylko mi przewijało się “niech wyjdzie słoneczko, tak proszę, bardzo proszę”.

Już będąc kompletnie nisko w końcu dosięgnęły nas ostatnie promienie zachodzącego słońca.

Śpiewanie piosenek Aurory patrząc na gwiazdy

Dzień osobnych jazd, niech każdy nacieszy się wyspą na swój sposób.

Wiedziałem, że będąc samemu cały dzień mogę popuścić wodze fantazji i pojechać jazdę życia. I taki skromny plan udało mi się zrealizować.

Byłem we wszystkich najciekawszych miejscach na wyspie przejeżdżając zaledwie 126 kilometrów. Może i niedużo, ale uzbierałem 7627 metrów przewyższenia, czyli tyle ile normalny człowiek zrobi w rok. Albo i nie.

Największe wrażenie zrobiła na mnie Dolina Łez, chociaż nie wiem jaka jest jej prawdziwa nazwa. Skalny tunel, a zaraz potem wycieńczająca wspinaczka aż na sam szczyt Pico de Las Nieves. Od rana do nocy byłem skazany na siebie, od niechcenia zacząłem śpiewać piosenki Aurory, a kończyło się na powtórzeniu wszystkich piosenek z płyty…

Po dotarciu na punkt widokowy obok bazy wojskowej usiadłem na murku i gapiłem się na gwiazdy przez 40 minut będąc wysoko ponad chmurami, dwa kilometry nad poziomem oceanu.

A kilka godzin wcześniej Kendi oświadczył się Kindze. Fajny dzień, co nie?

Spotkanie obok najlepszych patelni na świecie

Serenity to podjazd owiany legendą. Najlepsze patelnie na Kanarach, chyba jedyny, na którym spotkałem chmarę rowerzystów. W innych miejscach, na północnej i centralnej części wyspy jeździłem głównie samemu.

Wyjazd w bluzie, ze względu na poranne godziny. Po godzinie wspinania powoli zacząłem przebywać w nisko osadzonych chmurach, a krótką chwilę potem już wesoło pedałowałem ponad nimi! Co za piękne uczucie!

Po raz ostatni mój rower cieszy się widokiem na Teide będąc kolejny raz na najwyższym szczycie wyspy. Stamtąd już prosto (ale po patelniach) sunąłem w dół w kierunku Serenity.

Los chciał, że spotkałem Kingę i Kendiego zaczynając osławiony zjazd. Panie Angliku, zrobi nam pan zdjęcie? Nie, ten aparat nie ma powiększenia, musi pan podejść, żeby zacieśnić kadr!

Po baaardzo długim zjeździe wzdłuż prawej części wyspy jechałem w kilkuosobowej grupie ludzi wracających do domu. To mnie uratowało przed przyjazdem po zmroku, bo dzięki nim prędkość przelotowa na kole była bardzo duża i zaoszczędziłem ogrom czasu.

Gdzieś blisko domu złapała mnie pierwszy raz bomba, ale taka prawdziwa. Położyłem rower i nie chciało mi się nic. Dosłownie nic. Zobaczyłem tęczę, to mi dodało sił i cały wróciłem do domu.

Dookoła wyspy

Wszyscy razem. Wszyscy do samochodu. Jedziemy do restauracji w Agaete, a potem cudowna jazda po zachodnim klifie!

Nie wyobrażam sobie wyjazdu bez wypożyczonego samochodu. Naprawdę, tutaj nie ma co oszczędzać, zawsze jest to środek transportu, który zapewnia bezpieczeństwo. Nie obchodziło nas czy rower się popsuje, czy złapie nas zmrok czy ktoś się zgubi – zawsze można było wsiąść za kółko i przyjechać po biednego Mariusza, który o 22 godzinie znalazł się na szczycie Pico de Las Nieves i nie wiedział co dalej ze sobą zrobić…

Rano ciężko było się zebrać, ale zdążyliśmy na nisko osadzone chmury na zboczach gór wokół drogi.

Kilka wspólnych fotek, głowa mnie boli od zbyt szybkiego pokonywania różnicy poziomów. Poważnie, uczucie kompletnie nieznane, jednakże na TYCH patelniach i TYCH nachyleniach w samochodzie robiło mi się słabo.

Nawet urodzony góral potrafi się pogubić w naturalnym środowisku. Ale na swoje ciało nie mam wpływu, znudzonym okiem patrzyłem za okno na cuda natury. Niespotykane wcześniej ambiwalentne uczucia.

Sylwestra spędziliśmy w samolocie. Akurat zaczął padać śnieg podczas lądowania we Warszawie, wychyliłem głowę z samolotu i poczułem płatki śniegu na nosie. Wtedy byłem jedną nogą w Polsce, drugą (już prawie, odliczałem dni) w Kapsztadzie…