Klasycznie ze szwagrem

Kate Moss

*dzwoni telefon*
– Mariusz, gdzie jesteś?
– Na S-ce, spokojnie jadę 140 km/h, powinienem być za 20 minut.
– Ja właśnie skończyłam zajęcia, to może zamiast Politechniki widzimy się u mnie?
– Jo, nie ma problemu!

*sms*
Dojedziesz za szybko, autobus się gramoli, będziesz musiał czekać!

*Nagrywam głupi filmik na Insta*
Po chwili dostaję wiadomości od Pingwina z Londynu, jak miło!

Jest Kate! Po raz kolejny mi głupio, że jem obiad nie na swój koszt, aczkolwiek po 6 godzinach w samochodzie ciężko było cokolwiek wywalczyć.

Czas na rower!

– Gdzie jedziemy?
– Ty tu mieszkasz, jedź gdzie lubisz!
– Ale ja nie wiem gdzie chcę jechać!

– Mariusz, teraz w lewo!
*skręca w prawo*

– A wiesz Mariusz, studia mnie nauczyły luzu.
Po chwili:
– KATE GDZIE TEN LUZ?

Na placu zabaw jedyne miejsce, na którym można usiąść to okręcające się koło.
– Kate, ja nie lubię się kręcić, bo po 10 sekundach chce mi się wymiotować.
– Daj spokój, ja uwielbiam karuzele.
*Po minucie*
– Dosyć tego kręcenia, niedobrze się czuję od tych kręciołków…

– Kate, żeby zrobić ostre zdjęcie trzeba to najpierw ustawić ręcznie. Masz dwa przesuwające się identyczne obrazy i musisz je połączyć w jeden. Na koniec pstryk!
– POKAŻ JAK MI WYSZŁO!
– Nie pokażę.
– DLACZEGO?
– Bo to aparat na klisze!

Wiadomość miesiąca: Kate jedzie w sierpniu na Mistrzostwa Świata w rowerach!!!

Godzina snu

Od Kate do Kendiego dojeżdżam w 15 minut. Pakujemy jego rower oraz kilka osobistych rzeczy. Jest 1-sza w nocy…

Poznaję jego rodziców, psa większego ode mnie, a na dobranoc szwagier zaparza mi rooibosa.

– Mariusz, a ty wiesz, że Impa jedzie do Czech rowerem?
– Nie mam pojęcia, przez ostatnie 6 godzin byłem odcięty od Internetu. Jasny gwint… Ciekawe czy go spotkamy gdzieś koło granicy?

Zasypiam godzinę przed pobudką.

Całe szczęście, że Maciej prowadzi, aż do samych Czech. Jazda lewym pasem i wymijanie samochodów na drodze niczym pachołki na placu przez 6 godzin mnie lekko zmęczyła, a na dodatek bardzo późny powrót i godzina snu…

W Jakuszycach budzi mnie Kendi: WSTAWAJ MIJAMY IMPĘ! Co za człowiek! Jest 6 rano, wyruszył wczoraj po 20-stej. Za ponad godzinę powinniśmy się widzieć z nim w domku, a ja dzwonię do Petry, aby powiedzieć, że za 10 minut dojedziemy samochodem.

Rozpakowani. Zaparzam sobie afrykański czerwonokrzew, niby rozbudzony, ale zmordowany. Impa po 250 kilometrach wchodzi do domu, chce jeszcze z nami zrobić kolejne 110. No dobrze… Ale najpierw jedziemy do sklepu, muszę zjeść porządny śniadanio-obiad!

Trasa klasyczna, typowa na rozprostowanie kości i zaaklimatyzowanie. Nikt nie potrzebuje nawigacji, jedziemy wszystko z pamięci.

W Odrodzeniu Impa się mnie pyta co tu dobrego dają. No oczywiście, że naleśniki z jagodami! Jest tak głodny, że nie potrzebuje sztućców do jedzenia.

Sielanka trwa, najlepszy zjazd po stronie czeskiej aż do momentu… robót drogowych. Ponownie sprawdza się powiedzenie, że jazda z Mariuszem musi być przełajowa.

Poznańskie klimaty

Ledwo wyjeżdżamy z domku, a tu starzy znajomi Kendiego i Impy. Cześć Ania, cześć Adaś, cześć Dawid.

Musiało się tak skończyć, że chłopaki ruszyli do przodu jak psy spuszczone ze smyczy. A mi nigdzie nie spieszno, zatem robię fotki Ani.

UWIELBIAM TEN UŚMIECH NA ZDJĘCIU!

Wdrapaliśmy się na Vrbatovą. Poznańskie towarzystwo leci w dół, a my jeszcze dokręcamy do Łabskiej, gdzie robimy krótką przerwę na zdjęcia.

Chłopaki, a jedliście smażony ser z frytkami? Nie? JAK TO NIE? Jedziemy, pokażę wam co jest dobre!

Zjadłem dwa obiady, wypiłem piwo i dużą kawę. Typowo kolarska porcja, niestety w oddali widzimy ulewę na zboczu innej góry. Wychodzi na to, że musimy się w to władować… Ale najpierw zjazd, całe szczęście na suchym asfalcie.

Sklep, coby zapasy piwa uzupełnić. Impie zasmakowało ciemne, które pił tutaj pierwszy raz… W samochodzie słychać tylko dźwięk jak w autobusie o 6 rano… Pssst! I puszka Kozła otwarta.

Jako Dziecko Słońca chce złapać na szczycie pomarańczowy zachód. Niestety po tych burzach nic niezwykłego nas nie zaskakuje, no ale wieczór jak najbardziej zaliczam do udanych.

Klasycznie ze szwagrem

Przedostatni dzień, coś tu trzeba odwalić jak za starych, dobrych, kawalerskich czasów. Mówię tak: Modre, ale z szutrowym podjazdem. Dacie radę te 1,5 kilometra po kamieniach. A potem niech się dzieje wola sił nieczystych.

Impa trochę zwalnia i odłącza się w okolicy granicy Polski. Szwagierstwo atakuje ulubioną Jelenkę, która jak zawsze nie daje nawet sekundy na złapanie oddechu.

Zgadzam się na polską Karkonoską po Karpaczu. I bardzo dobrze, bo cykam jedne z najlepszych fotek tego wyjazdu!

Zachód, miękkie światło, no wszystko złożyło się idealnie. Po Michałowicach odwiedzamy jeszcze poznańską paczkę, aby pożyczyć lampkę dla Kendiego…

Mina Ani, że ciemna noc nam nie straszna mówi sama za siebie.

Luźna piątka w górę, ale wyszło to wszystko tak spontanicznie… Nie chcę myśleć o niczym, otwieram pszeniczne o zapachu drożdży, wypijam i śpię do 10 rano.

Jak nigdy.